czwartek, 26 października 2017

O polsko-polskiej przyjaźni na emigracji

Życie bez znajomych i przyjaciół to nie życie. Zwłaszcza na emigracji. Ta ostatnia weryfikuje wszystkie relacje: rodzinne, małżeńskie, rodzicielskie i przyjacielskie. To prawda, że dziś jest łatwiej. Są telefony, Skype, videoczaty i tanie loty Ryanaira. Ale jest wiele sytuacji, w których i to nie wystarcza. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Moja słabo słysząca babcia nie jest w stanie rozmawiać przez telefon, a i Skype jest dla niej czymś kompletnie oderwanym od rzeczywistości. Jednym słowem oszczędzam jej tego stresu. To tylko jeden z przykładów, że chcieć to nie zawsze móc. Ale dziś nie o rodzinie będzie, a o przyjaźni.

Wiele słyszałam historii o tym, jak Polak Polakowi za granicą robi pod górkę. Jak jesteśmy zawistni,  jak cwaniakujemy i wykorzystujemy swojego. Zwłaszcza tego, co dopiero tu przyjechał i języka jeszcze nie zna ani prawa i realiów panujących we Francji. Takiego to najłatwiej znaleźć w Internecie i pod pozorem chęci pomocy wyciągnąć od niego ostatnie zaskórniaki, jakie przywiózł z Polski, lub pierwszą pensję już w euro... To już wersja hardcore. Ale są też te łagodniejsze, na które panuje ogólne przyzwolenie. Odsprzedawanie pracy czy tzw. godzin sprzątania. Albo szukanie polskiej niani na zasadzie, która weźmie mniej. Tak, jakby jej kompetencje i to, czy w ogóle lubi dzieci nie miało żadnego znaczenia. Obserwuję takie historie na forach i grupach Facebooka i czasami oczom nie wierzę, że to swój swojego... Przykre.

Sama przekonałam się niestety, że w relacjach służbowych na emigracji my - Polacy lekceważymy się nawzajem. Szacunek należy się w zależności od tego, kto ile lat już tu jest, czy i jak dobrze zna język i jak mu się poukładało, czytaj czy i jaką ma pracę i ile zarabia. Wiem, co to znaczy mieć szefa Polaka za granicą i niestety nie wspominam tego okresu zbyt dobrze. Ale to był tylko jeden epizod. Bo koleżanki Polki, które wdrażały mnie w pracę i pomagały, gdy nie wyrabiałam się na czas, to była piękna historia. I nie jedyna tutaj. 

Na wyżej wspomnianych grupach i forach otrzymałam też wielokrotnie pomoc i bardzo przydatne rady. Na przykład, gdy zgubiłam dowód osobisty, gdy padł mi komputer lub szukałam kucharki, która na cito upiecze mi tort na urodziny ukochanego. Zawsze znalazł się ktoś, kto zainteresował się sprawą i okazał realną pomoc. Budujące.

Na emigracji przydarzyło się nam też nieoczekiwanie coś, co dziś już trudno nazwać zbiegiem okoliczności. Piękna znajomość. W moim odczuciu to już przyjaźń, bo wiem, że gdyby coś nagle się stało, mogłabym do nich zadzwonić o każdej porze i poprosić o pomoc. Wiem, że mogłabym na nich liczyć.

Poznałyśmy się na kursie języka francuskiego. To był sam początek mojej, ale też dziewczyn emigracji. Przyjechałyśmy tu wszystkie trzy z tego samego powodu. Miałyśmy bardzo podobną pod wieloma względami sytuację. Dopiero zaczynałyśmy swoją przygodę z Francją. Przyznam szczerze, że uprzedzona trochę różnymi historiami, nie szukałam wśród kursantów nowych znajomości. Ale tak jakoś samo zaczęło się dziać. Siadałyśmy razem. Zagadywałyśmy. Zaiskrzyło. Dopiero długi czas potem K. śmiała się, że miała nas od początku upatrzone, a ja gdzieś ciągle wymykałam się.

Rozmowy się przedłużały. Padły propozycje spotkania. W szóstkę, czyli z naszymi drugimi połówkami. Z inicjatywą wyszła K. I... To było niesamowite. Nasi faceci w ogóle się nie znali i praktycznie nic o sobie nie wiedzieli. Zastanawiałam się, jak to będzie... Różnił nas wiek i bagaż doświadczeń. K. przygotowała fantastyczną kolację. Siedzieliśmy przy stole i tematy się nie kończyły. Atmosfera była wspaniała. Wracaliśmy do domu ostatnim metrem, zachwyceni tym spotkaniem. Potem było następne, następne i następne. Na zmianę. Każdy z nas przygotowywał iście królewską kolację, aby móc jak najdłużej biesiadować przy stole. Były też imprezy z tańcami i spontaniczne spotkania. Pokazy filmów i zdjęć z podróży, bo wszyscy to uwielbiamy. Byliśmy świadkami wielu ważnych momentów i zmian w naszym emigracyjnym życiu. Bywały też długie miesiące, kiedy z różnych powodów się nie widzieliśmy. Ale to w żaden sposób nie rzutowało na naszą znajomość. W najtrudniejszym okresie mojej emigracji to właśnie dziewczyny stały przy mnie. Pisały, wyciągały z domu, wysłuchiwały. Nigdy im tego nie zapomnę. 

Minęły już trzy lata tej znajomości, a my właśnie szykujemy się na ślub M. Oczywiście jedziemy razem. W piątkę... Bo w międzyczasie wydarzyło się sporo ważnego w naszym życiu. K. wzięła ślub, a w ubiegłym roku przyszedł na świat ich synek. M. zaręczyła się kilka miesięcy po naszych zaręczynach. Tak się poukładało, że we wrześniu tego roku wrócili na stałe do Polski. W najbliższy weekend biorą ślub, a my w piątkę będziemy im towarzyszyć w tym ważnym momencie. I prawdę mówiąc - nie możemy się już doczekać!

W ubiegłym tygodniu zrobiłyśmy M. wieczór panieński w Paryżu. Siedziałyśmy na schodach Trocadéro, z widokiem na Wieżę Eiffla i piłyśmy szampana, wspominając to wszystko, co wydarzyło się przez te trzy lata. Ja wiem jedno - ta znajomość to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się mi na emigracji. Bez względu na to, co będzie dalej i gdzie będziemy, mam nadzieję, że się nigdy nie skończy.

Jestem bardzo ciekawa, jak to wygląda u Was Kochani? Przetrwały Wasze przyjaźnie z Polski? Znaleźliście tutaj nowych przyjaciół? Dajcie znać w komentarzu!

4 komentarze:

  1. Wspaniale jest czytać takie pozytywne historie, serce rośnie! Ja też mam dobre doświadczenia. Przy zawieraniu nowych znajomosci kieruję się intuicją i ona mnie raczej nie zawodzi. Ale czasem, tak, jak mówisz, rzeczywistość nawet mile wykracza poza nasze wyobrażenia. :) Mam w Bretanii kilka naprawdę bliskich koleżanek Polek, w dodatku większość z nich też ma teraz małe dzieci, więc łączy nas coraz więcej. Pozdrawiam ciepło znad oceanu ! PS. Niezmiennie żałuję, że nie mieszkamy bliżej siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ja też żałuję!!! Ale byłoby fajnie wpadać do siebie na kawkę tak po prostu ;)Ale i tak cieszę się, że była okazja się spotkać i pobyć chwilę razem. Pewnie się ze mną zgodzisz,że blog to wspaniały sposób na poznawanie ludzi i bycie z nimi w kontakcie ;) To naprawdę wspaniałe, że masz teraz wokół siebie inne młode mamy, mogę sobie tylko wyobrazić, jakie to bezcenne mieć obok siebie życzliwe kobiety na początku macierzyństwa, kiedy rodzina i przyjaciele są daleko. Uściski i pozdrowienia!!!!

      Usuń
  2. Super,że spotkałaś takie cudne osoby na emigracji, od razu uśmiech na twarzy się pojawia! Bo ja po czytaniu grup/forach Polaków, którzy są we Francji załamałam się - jak można być takim niepomocnym, niewrażliwym, a wręcz wrogo nastawionym łącznie z udzielaniem nieprawdziwych informacji czy to wyśmiewaniem się z pytań osób, które dopiero tu przyjechały. Przeraziło mnie to. Ja we Francji mieszkam niewiele ponad rok i tu gdzie mieszkam raczej nie ma "integracji" polonijnej. Mimo, że po przyjeździe napisałam maila do stowarzyszenia Polek, które tu działa nikt nawet nie włożył trochę wysiłku by mi odpisać. Ta sama sytuacja z polską parafią. Póki co nie mam tutaj znajomych Polaków (choć zaczyna się coś ruszać w tym kierunku:). Szkoda, że takie fajne Polki tak daleko (Kasia Bretonissime Ty też należysz do tej grupy :) Pozdrawiam z południa Francji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marlena, dziekuję Ci bardzo za ten komentarz! kto wie czy nie będziemy miały jeszcze blisko do siebie ;) życie pisze tak różne scenariusze, a ja jestem zakochana w poludniowej Francji! :)Odnośnie przyjaciół to ja tak sobie myślę czasami, że miałam po prostu farta, ale najważniejsze, żeby wychodzić z inicjatywą, tak jak Ty to robisz i nie zamykać się. Jestem pewna, że w końcu spotkasz jakieś bratnie dusze, grunt to nie stracić wiary w życzliwość naszych rodaków ;)Cieszę się, że jesteś tu na Przystanku i mam nadzieję, że któregoś dnia uda nam się spotkać w realu! :)

      Usuń