piątek, 22 września 2017

Jesienią w Paryżu...

Wiecie, potrafię narzekać na Paryż. Potrafię go nie lubić i z niechęcią wsiadać w pociąg w kierunku dworca Saint-Lazare. Ale też niezmiennie potrafię się Paryżem zachwycić. Ten czas ponownych "ochów i achów" przychodzi systematycznie, co roku, wraz z jesienią. Bo ja uwielbiam Paryż właśnie wtedy. Gdy letni miejski ukrop i zaduch odchodzi w zapomnienie. Poranki są takie rześkie, pomieszane z zapachem kawy. W parkach już nie trzeba szukać cienia i ochłody, za to można brodzić w szeleszczących dywanach liści, czytać książkę na zielonej ławce i patrzeć jak promienie wrześniowego słońca igrają z kolorami jesieni. Lubię, gdy Francuzi wracają po urlopach do pracy i opowiadają w metrze, biurze i w kawiarni o swoich wakacyjnych wojażach, a dzieci ciągną za sobą nowe tornistry na kółkach. Miasto powraca na swój własny tor, na paryskie ulice powracają szaliki i eleganckie szpilki. Lubię to bardzo. No i te kasztany.




Z mojej pierwszej podróży do Paryża przywiozłam... kasztana. Znalazłam go pod jednym z wysokich drzew przy Trocadéro, na ulicy skąpanej w deszczu po porannej ulewie. Kasztan był piękny, duży, nieskalany żadną rysą ani niczyim dotykiem. Schowałam go do kieszeni i zapomniałam o nim. Jakaż to była radość, gdy będąc już w Polsce, spacerując po krakowskim rynku, schowałam dłonie przed zimnem i znalazłam go w poszewce kurtki! Może właśnie dlatego tak lubię jesień w Paryżu. Bo kojarzy mi się z moją pierwszą wizytą - jak chowaliśmy się przed deszczem pod parasolem, gdy po raz pierwszy ujrzałam Wieżę Eiffla, jak pachniało kawą na tarasach kawiarni o 8 rano, jak Francuzki pędziły do metra w swoich eleganckich garsonkach, a panowie przystojnieli dzięki urokowi szaliczków... Ciepło i zapach chleba buchające z boulangerie. Liście, kasztany i Wersal skąpany w jesiennym, pomarańczowym słońcu! I ja, przejęta tym, gdzie jestem, onieśmielona wielkością miasta i nieznajomością języka, zachwycona jego pięknem wyrytym w każdej fasadzie haussmanowskich kamienic. Nigdy tego nie zapomnę. A może inaczej - chcę zawsze to pamiętać.

Dokładnie 5 lat temu, 8.30 rano




Wczoraj dzwoni do mnie Muszkieter i przejętym głosem pyta: "Czy Ty Wiesz, że dzisiaj mija dokładnie 5 lat, jak po raz pierwszy zobaczyłaś na żywo Wieżę Eiffla???"  Odjęło mi mowę. Nie, nie wiem. Romantyk - pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie. W takich momentach myślę sobie, że ten mój wybór emigracji był już wtedy przesądzony. Tamtej jesieni, która - choć o tym jeszcze nie wiedziałam, miała zmienić kompletnie bieg mojego życia. Wtedy pomyślałam sobie, że mogłabym tu zamieszkać. Że chciałabym może. A jak wiecie - trzeba uważać na marzenia. Niektóre z nich lubią się spełniać.

Przyjeżdżajcie jesienią do Paryża. Nigdy nie wiecie, jak to się skończy. ;)

Więcej o  moim jesiennym Paryżu przeczytacie tutaj:

 Paryska niedziela

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz