sobota, 6 maja 2017

Przystanek. Marzec i kwiecień.

Dopiero co zaczął się maj, a ja już pakuję walizki, w przerwach popijając kira z bąbelkami. Szczęściara ja. Wiem. Ale zanim wskoczę w majówkę, jeszcze chwilę chciałabym zatrzymać się przy kwietniu, a nawet marcu  - bo wbrew pozorom nie zrezygnowałam z miesięcznych podsumowań. A jest co wspominać...



W marcu żyłam przede wszystkim wyjazdem do Polski, który był wynikiem dość spontanicznej decyzji. Po prostu potrzebowałam tego. Potrzebowałam Polski. A Muszkieter pewnego dnia spojrzał na mnie wymownie i powiedział JEDŹ. Mi dwa razy nie mówić. Pojechałam. Z walizką czekoladek i dwoma bukietami kwiatów. Tak się bowiem składało, że obie moje babcie miały niebawem świętować swoje urodziny. Oczywiście w mój przylot wtajemniczone były tylko wybrane osoby. Jestem bowiem zagorzałą fanką objawień, tzn. niespodziewanych przyjazdów. Szczególnie urodzinowych. Efekt jest zawsze powalający. Moc emocji. Niewymowna radość. Doprawdy trudno odmówić sobie takiej przyjemności.




To był jak zwykle bardzo krótki i intensywny pobyt. Ale starczyło czasu na to, co najważniejsze. Na kilka niespiesznych kaw z rodzicami. Na głaskanie ukochanego kota. Na odwiedziny w szpitalu. Na spotkanie z od lat niewidzianymi kuzynkami. Na wizytę u swojego fryzjera. Na zakup najlepszych polskich pączków i wegety, której próżno szukać we Francji.  No i oczywiście na świętowanie z ukochanymi solenizantkami. Zdążyłam także zachorować. A jakże. Głos zaczęłam tracić drugiego dnia intensywnych rozmów. Ale wyjazdy do Polski mają już to do siebie, że wracam zazwyczaj chora i zmęczona fizycznie. A jednocześnie spełniona, nakarmiona, spokojna, wypełniona po brzegi w miejscu pustki wyrytej tęsknotą...



Choroba jednak zatrzymała mnie na chwilę. Unieruchomiła w łóżku. I to też było mi potrzebne. Trzeba było się po prostu położyć i pomyśleć. Albo nie myśleć. Trochę o przeszłości, trochę o planach zawodowych, o rozczarowaniach i możliwościach. Na kanwie tych wspomnień popełniłam post o moich doświadczeniach jako niani we Francji. Pierwszy taki. Ale może nie ostatni. Są tu chętni  na francuski babysitting, ale bez lukru i makaroników? Jeśli tak, dajcie znać.

Jeśli marzec, to Dzień Kobiet, ale nie we Francji. W każdym razie nie taki, jaki my, Polki rozpieszczane goździkami i rajstopami, znamy. O nie. Trzeba sobie samej zrobić. Ewentualnie narzeczonego Polaka tu mieć. I tak dobrze, i tak nieźle. Obie opcje są w moim zasięgu, ale piszę o tej pierwszej. Robię sobie Dzień Kobiet. Na emigracji. I tak mi dobrze.


Kwiecień. Piękny miesiąc, który upłynął pod znakiem świętowania i świętowania. Urodziny Muszkietera z tortem, po który jechałam trzy godziny, dwoma podmiejskimi pociągami i metrem. Imieniny Muszkietera. Wielkanoc - na emigracji, bez pucowania okien i z zakalcowatą babką. A na koniec wyjazd do Saint-Malo i kolejne spełnione marzenie podróżnicze o Bretanii. Przyznacie, że kolejna okazja jak nic do świętowania. Zatem bardzo odświętny miesiąc był. A Bretania? No cóż. Mogłabym książkę pisać... Przeczytajcie relację, a wszystko zrozumiecie. I dziękuję raz jeszcze Bretonissime za puszczenie w świat tego mojego spełnionego marzenia. A Wam za cudne komentarze. Zrozumieliśmy się ;)







Marzec i kwiecień na blogu:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz