sobota, 25 lutego 2017

Przystanek. Luty.

Pewnie są wśród Was tacy, którzy po ostatnim wpisie zastanawiają się, czy ja w ogóle jeszcze w tej Francji jestem. Czy może z tych Świąt w Polsce wcale nie wróciłam. Ano śpieszę donieść, że tym razem jeszcze wróciłam :) Ale nowy rok pędzi już jak szalone TGV i jakoś trudno wysiąść i zrobić przystanek. A szkoda. Bo dzieje się tyle fajnych rzeczy...

O Świętach w Polsce można by pisać długo i pięknie, ale kogo w lutym Święta obchodzą, prawda? Ograniczę się zatem do jednej rzeczy, która się wówczas wydarzyła, a która z pewnością zaważy na moich dalszych losach, planach i mojej emigracji, a mianowicie zostałam pierwszy raz w życiu narzeczoną :) Powróciłam zatem do Francji z pierścieniem i nowym statusem społecznym :D Pierścienia już nie mam, albowiem na zmniejszenie takowej biżuterii czeka się we Francji (uwaga!) jedyne 60 dni! Zatem póki co ostał mi się tylko status :)


W nowy rok wkroczyłam z pragnieniem zmian w życiu zawodowym... Chciałabym w końcu robić na emigracji to, co lubię i co jest moim wyuczonym zawodem. Zmęczyły mnie półśrodki i prace, które choć dobrze że są, to jednak ciągle są to prace, które nazywam zastępczymi. Niebawem zamierzam napisać o tym więcej, bo praca na emigracji to temat wielki jak rzeka i gorący jak lawa... Nazbierało się już trochę tych doświadczeń, a wygląda na to, że będą nowe. Póki co konkretyzuję swoje projekty.

Widok na Bieszczady... Grudzień 2016.



Polska. Grudzień 2016

W styczniu miałam gości z Polski i okazję, by na nowo zachwycić się Paryżem. To są fantastyczne momenty. Idziesz ulicą, którą już znasz i nagle odkrywasz coś, na co nigdy wcześniej nie zwróciłaś uwagi. Jedną z takich perełek tym razem okazał się kościół św. Rocha na ulicy Saint -Honoré. Byłam w środku pierwszy raz i wyszłam oczarowana... No i ten zachwyt gości. Dziewiczy. Ten, o którym po kilku latach zasiedzenia w danym miejscu łatwo się zapomina. Ożywiąjące i bezcenne chwile.

W lutym z kolei postanowiliśmy powielić ustanowioną w ubiegłym roku tradycję i wyjechać gdzieś na walentynkowy weekend. Właściwie Walentynki to jedynie pretekst. Już od dłuższego czasu brakowało nam w życiu smaku spontanicznych wypadów. Padło na... Dunkierkę. 

Dlaczego Dunkierka? A dlaczego nie. W styczniu w sypialni zawisła u mnie wielka mapa Francji z pinezkami w miejscach, w których już byliśmy. Na północy jest ich najwięcej, ale Dunkierka pozostawała osamotniona na samym krańcu mapy. Więc pojechaliśmy... cdn już w kolejnym, prawie gotowym, poście...:)






Luty, czyli po Świętach, po Walentynkach, a nawet po Tłustym Czwartku... Ale w tym roku nie zabrakło u nas tych okrągłych pyszności... Tradycji polskiej stało się zadość. A te cudne róże to znakomity symbol ostatniego miesiąca, który okazał się niezwykle romantycznym... Fajnie być narzeczoną ;) I fajnie wrócić na bloga.



PS Cieszę się, że tu ciągle jesteście!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz