poniedziałek, 27 lutego 2017

Przystanek. Dunkierka

Właściwie Walentynki to był jedynie pretekst. Już od dłuższego czasu brakowało nam smaku spontanicznych wypadów. Padło na... Dunkierkę. Dlaczego Dunkierka? A dlaczego nie? W styczniu w sypialni zawisła u mnie wielka mapa Francji z pinezkami w miejscach, w których już byliśmy. Na północy jest ich najwięcej, ale Dunkierka pozostawała osamotniona na samym krańcu mapy. Więc pojechaliśmy... Z Paryża ok. 3h samochodem.





Po raz pierwszy na nocleg wybraliśmy tzw. chambres d'hotes, czyli pokoje gościnne w prywatnym domu. To był strzał w dziesiątkę. Veronique, u której wynajmowaliśmy pokój (adres TUTAJ), okazała się niezwykłą osobą, otwartą, życzliwą i chętną do pomocy w każdej sprawie. Dom urządzony z gustem, niezwykle czysto. Wspaniała atmosfera przy śniadaniu, kiedy przy jednym stole siadają Włosi, Szwajcarzy, Polacy i Francuzi. To jest właśnie urok chambre d'hotes, kiedy goście mają okazję poznać bliżej gospodarzy, dowiedzieć się więcej o regionie i po prostu spędzić wspólnie czas. Zupełnie inaczej niż w hotelu, gdzie jest się całkowicie anonimowym. Do morza mieliśmy 5 minut spacerkiem. Jak przystało na luty, było zimno i wiało, ale dla nas taka pogoda to żadna przeszkoda, wręcz potrzebowaliśmy przewietrzenia zastygłych w paryskim smogu głów. Czuliśmy się fantastycznie.




Zmiana otoczenia jest dla mnie najlepszym lekarstwem na wszystko. Na zmęczenie, na chandrę, na problemy w pracy i życiu osobistym, na wątpliwości i rozterki dotyczące przyszłości. Czasami mam wrażenie, że kiedy już wsiadam do auta, to staję się inną osobą, a każda podróż jest jak nowe życie. Nowa perspektywa, dystans, nowi ludzie i ich sprawy, ich odmienne domy i styl życia. Ich własne zasady, tradycje, przyzwyczajenia, język. Tak było w Dunkierce, która jako miasto niczym szczególnym nas, mówiąc kolokwialnie, nie "powaliła". Ale jest to miasto, które ma swoją własną duszę, a przede wszystkim trudną historię. To jest miejsce, gdzie wyobraźnia pracuje ze zdwojoną siłą. Zwłaszcza, gdy stoisz na rozległej plaży, wypełnionej szumem morza i próbujesz sobie wyobrazić tysiące aliantów, którzy w tym samym miejscu prowadzili rozpaczliwie walki podczas operacji Dynamo, czekając na swoją ewakuację... To samo uczucie towarzyszy Ci, kiedy stoisz na cmentarzu usłanym jednakowymi białymi krzyżami upamiętniającymi tych, którzy się ewakuacji nigdy nie doczekali...






Dunkierka działa na wyobraźnię dzięki swojemu położeniu. Stąd już rzut beretem do Belgii, ale także do Anglii. Dwie godziny promem i jesteś w Dover. Niedaleko też znajduje się słynny kanał La Manche i tzw. Eurotunel, którym można się przedostać koleją do Wielkiej Brytanii. Jego początek jest w Calais, które zdobyło w ostatnich latach dość niechlubną sławę związaną z obozami imigrantów, którzy koczują tam w nadziei, że uda im się przedostać na wymarzoną angielską ziemię...





Dunkierka to rzecz jasna miasto portowe. Warto udać się do portu wieczorem, by podziwiać zjawiskowe, podświetlone na niebiesko, jachty. Wokół cisza i rześkość nadmorskiego powietrza. Była sobota wieczór, przedwalentynkowy weekend. W porcie ni żywego ducha i wiele pozamykanych restauracji, wszak to nie sezon. Trochę się nachodziliśmy, by znaleźć miejsce na kolację. Restauracje polecone przez Veronique miały już niestety komplet gości. Robiło się coraz zimniej. Ale mieliśmy wielkie szczęście, że wylądowaliśmy w tej oto małej, klimatycznej restauracji, ogrzewanej żywym ogniem. Niezwykle sympatyczna obsługa, lokalesi, pyszne jedzenie, wszystko pięknie podane. Specjalność kuchni to cassolette de poissons, czyli mówiąc najprościej zapiekanka z łososia, ryb i krewetek. Pycha i baaardzo syte. Muszkieter był równie zachwycony krwistym stekiem. Atmosfera rodzinna i pomimo, że byliśmy ostatnimi już klientami, nikt nas nie poganiał, a nawet mieliśmy okazję pogawędzić jeszcze chwilę z uroczą i wesołą właścicielką. Polecam gorąco. Adres znajdziecie TUTAJ.







Niedzielę rozpoczęliśmy od śniadania w międzynarodowym towarzystwie Włochów, Szwajcarów i Francuzki - właścicielki. Poranna impreza w tak doborowym towarzystwie przeciągnęła się nam do dwóch godzin. W ten oto sposób poznaliśmy plany turystyczne włoskiego małżeństwa, genezę imienia córeczki Szwajcarów i pasjonującą historię życia Veronique, która mieszkała kilka lat w Paryżu, potem w Londynie, by ostatecznie powrócić i osiąść w rodzinnych stronach Dunkierki. Trudno było opuszczać ten uroczy dom, ale czasu mieliśmy niewiele... Starczyło go jednak na spacer brzegiem morza, błądzenie po uliczkach miasta w poszukiwaniu śladów flamandzkiej architektury, ponowną wizytę w porcie, chwile zadumy na niezwykłym cmentarzu, gdzie pochowani są żołnierze walczący podczas I wojny światowej, na podziwianie pięknego gmachu urzędu miasta i skonsumowanie frytek w nadziei, że skoro blisko stąd do Belgii, to będą choć trochę przypominały te belgijskie...





Zdjęcie powyżej publikuję nie bez powodu. Przez cały pobyt zachwycałam się tymi chodnikami - szerokimi, równymi i przyznacie - fantazyjnymi. Śmiało bierzcie szpilki do Dunkierki ;)

Ostatnia rzecz, o której nie można nie wspomnieć po wizycie w Dunkierce, to karnawał. Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o karnawale w Dunkierce, który trwa tutaj prawie trzy miesiące i jest niezwykle hucznie obchodzony. Mieliśmy wielką przyjemność być świadkami kolorowych i głośnych przemarszów fantazyjnie poprzebieranych mieszkańców, którzy z winem pod pachą wylegali na ulice i zapełniali lokalne bary. Trzeba przyznać, że ich stroje były naprawdę wyszukane i niezwykle kolorowe, w sklepach jest ich pod dostatkiem. Zresztą wygląda na to, że mieszkańcy Dunkierki właśnie tacy są: bardzo otwarci i weseli, o czym przekonywaliśmy się na każdym kroku, spacerując po mieście w sobotni wieczór.





Skoro poza sezonem jest tu tak wesoło, to co dopiero latem?

Pinezka przypięta.

2 komentarze:

  1. Ale miło Cię znów czytać ! ‘Zmiana otoczenia jest dla mnie najlepszym lekarstwo na wszystko.’- pięknie to ujęłaś w tym zdaniu i dalszej części tekstu, zgadzam się w 100%. Bardzo ciekawa relacja, cieszę się, ze wypad był tak udany i życzę Wam wielu kolejnych, krótszych i dłuższych, wycieczek. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie miło Cię tu widzieć Kasiu! :) Dziękuję, szczerze mówiąc to nasze rozmowy baaardzo przyczyniły się do tego, że znowu tu jestem...;) Wypad udany, jakże mi tego brakowało! No i kolejne plany też już są,także wiosno przybywaj! Pozdrawiam Cię serdecznie! :)

      Usuń