czwartek, 23 listopada 2017

Château de Breteuil - w świecie baśni Charles'a Perraulta

Kojarzycie Charles'a Perraulta? No jasne. Wszyscy wychowaliśmy się i rozwijaliśmy naszą dziecięcą wyobraźnię na jego słynnych Bajkach Babci Gąski. To właśnie jemu zawdzięczamy najbardziej znane i jedne z najpiękniejszych baśni na świecie, opowiadane przed snem dzieciom i wnukom od pokoleń. Czerwony Kapturek, Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Kot w butach... Nasze dzieciństwo. Ogrom emocji. Postaci, które stały się idolami, uosobieniem naszych tęsknot i marzeń, wcieleniem dobra i zła... Kolorowe, niekiedy przejaskrawione, fantastyczne, pociągające...

I otóż wyobraźcie sobie, że zabiorę Was dzisiaj właśnie w takie magiczne miejsce, w którym ci bohaterowie ciągle żyją, a wraz z nimi pamięć o słynnym bajkopisarzu i erudycie. Bo trzeba wspomnieć, że Charles Perrault był świetnie urodzonym i wykształconym Francuzem. Wywodził się z arystokratycznej, paryskiej rodziny i kształcił się w najlepszych, francuskich szkołach.



Nie wiem, czy wiecie, że chatka babci Czerwonego Kapturka naprawdę istnieje?  Że jest kremowa, ma drewniane okiennice, granatowe szachulcowe zdobienia, a w środku, naprzeciw rozpalonego kominka, leży w łóżku wilk przebrany za chorą babcię? ;) Ale to nie koniec. Jest też Kot w butach, Kopciuszek ze swoim pantofelkiem i wiele innych postaci z naszych ukochanych w dzieciństwie bajek. Byłam tam i widziałam na własne oczy. Gdzie? W Château de Breteuil. JEDYNE 35 km od Paryża. I uwierzcie mi, to miejsce zachwyca nie tylko dzieci.



poniedziałek, 20 listopada 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji #8

Listopadowa aura jednak mnie dopadła. Złe wieści z Polski spowolniły czas i zmusiły do refleksji. Informacja o czyjejś śmierci zawsze mnie zatrzymuje, niezależnie od tego, jak bliska mi była ta osoba. Odbiera oddech. Cała reszta przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Pytania "o której?", "ale jak", "dlaczego?"... Była 7 rano, usiadłam na skraju łóżka. Próbowałam ogarnąć myślami to, co właśnie usłyszałam przez telefon.  A więc tak to wygląda, kiedy jest się 1600 km od Polski? Ta cisza poranka dookoła i samotność. Myśli o tych, którzy w tym momencie cierpią najbardziej. I paradoksalna konieczność życia dalej, za 20 minut w moim mieszkaniu miała pojawić się ekipa remontująca... Nie daliśmy rady pojechać do Polski na pogrzeb. Ale to, na czym skupiliśmy się, to dobre wspomnienia i myśli o tych, którzy pozostali w żałobie... Jak się potem okazało, to nie był koniec złych wiadomości na ten dzień, ale nie od dziś wiadomo, że nieszczęścia chodzą parami...

Zimno się też zrobiło, drzewa gubią ostatnie liście, mgły przesłaniają poranne słońce, listopad Kochani, listopad w pełni... Spadek energii mam, a Wy? Trzeba się ratować... Właśnie dlatego w  dzisiejszych inspiracjach, trochę na przekór temu wszystkiemu, komedie, zabawne reklamy, a przede wszystkim pierwsze bożonarodzeniowe akcenty. Tęskni mi się już strasznie do świątecznego czasu w cieple domowego ogniska. Miejsc i momentów, w których jest mi dobrze, ciepło, przytulnie, gdzie czuję się bezpieczna i wolna od zmartwień. Dlatego nie oburzam się jakoś szczególnie w tym roku na obecność mikołajów w połowie listopada. Czuję raczej podekscytowanie i radość z oczekiwania na Święta, które spędzimy w ojczyźnie, w gronie najbliższych nam osób.




niedziela, 12 listopada 2017

Lyons-la-Forêt - miasteczko z normandzkiej bajki

Za moim nowym oknem, dopiero co wczoraj wstawionym, jest dziś tak szaro, że spora dawka kolorów potrzebna na cito. I tak się dobrze składa, że w kolejce na publikację czeka fotorelacja z niezwykle barwnego normandzkiego miasteczka Lyons-la-Forêt, które zwiedzaliśmy jeszcze kilka tygodni temu w 25°C i fantastycznym słońcu. Tak! W słońcu!

Lyons-la-Forêt to jedno z takich miejsc, które idealnie nadaje się na jednodniową wycieczkę w rytmie slow. To małe, spokojne miasteczko, a raczej wioska, otoczona lasami (Forêt, czyli las w nazwie jest nie bez powodu) pełna urokliwych zakątków, a przede wszystkim niezwykle barwnych domków, w stylu normandzkim, czyli z charakterystycznym colombage - drewnianym szkieletem na fasadzie budynku. Byłam tak zauroczona tymi domkami, że chyba obfotografowałam każdy z nich. To nie jest miasto z zabytkami, w którym podąża się za przewodnikiem. To jest miejsce, które żyje własnym małomiasteczkowym życiem, do którego z przyjemnością ucieka się od codziennego zgiełku, gdzie można podglądać mieszkańców przez otwarte okna ich nieogrodzonych domów, gdzie można odpocząć na łonie natury przy szemrzącym strumyku tuż obok starego młyna. Można też usiąść na słonecznym placu w centrum miasta, w jednej z klimatycznych restauracji, tuż obok urokliwej fontanny szemrzącej delikatnie, zamówić lokalne piwko i włączyć się w niedzielne leniwe życie miasta, co z przyjemnością uczyniliśmy.






czwartek, 9 listopada 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji #7

Właśnie siedzę i czekam na ekipę remontową, która spóźnia się już ponad godzinę... Jeśli chodzi o usługi, to podejście Francuzów do czasu jest niezwykle ciekawe. Jak dla mnie co najmniej irytujące. Nie ma, że klient nasz pan. Pan, jak nie umie sobie sam wstawić okien, to ma brać urlop i czekać na jaśnie tych, którzy to potrafią. Tyle. Na zegarku 11.03, co oznacza, że jeśli ekipa niebawem przybędzie, to po kilkunastu minutach pracy przerwie ją ze względu na tutejszą świętą porę obiadową. No cóż, mam wielką nadzieję, że za dwa dni, jak już mi wstawią te nowe piękne okna, szybko zapomnę o sprawie... Zwłaszcza, że przy takim zimnie przydałyby się... 

Póki co przejdźmy do przyjemniejszych tematów, czyli pierwszych listopadowych inspiracji. Nielubiany listopad nadszedł nieuchronnie. Zresztą jak co roku. Ale nic to. Można go zaczarować. Jak? Pięknym, ciepłym swetrem, dobrą muzyką i lekturą, gorącą zupą i cynamonowymi ciasteczkami oraz rozgrzewającymi serducho filmami. Nie żałujcie też sobie grzańca i kakao. Niebawem ruszają świąteczne kiermasze. Czy to dobry moment, by wyjąć lampki choinkowe? Myślę, że nie zaszkodzi. 

W dzisiejszych inspiracjach jak zwykle trochę muzyki, trochę filmu, trochę zadumy, ale też brawa dla koleżanek blogerek, które nie dość, że mają małe dzieci, nie dość, że pracują zawodowo i prowadzą blogi, to jeszcze spełniają swoje marzenia i piszą autorskie książki i przewodniki. Czyż to nie inspirujące? Dla mnie bardziej niż bardzo.


wtorek, 7 listopada 2017

Beauvais to nie tylko lotnisko

Lubicie lotniska? Bo ja uwielbiam. Na sam dźwięk tego słowa czuję podekscytowanie. A już w sposób szczególny, kiedy mowa o Beauvais, choć obiektywnie patrząc, to w sumie jedno z najmniejszych i najmniej ciekawych lotnisk, jakie w życiu widziałam. Ale Beauvais to dla mnie coś więcej niż tylko lotnisko. To trochę stan umysłu. To początek historii z Francją, pierwsze kroki na francuskiej ziemi, okupione wiadrami łez pożegnań i powitań. Najpierw z ukochanym, potem z rodziną, która mnie tu odwiedza. Wchodząc do hallu, zawsze czuję ścisk w żołądku, bo albo wyruszam w drogę, albo z kimś się żegnam, albo za chwilę wyściskam kogoś, kogo długo nie widziałam. Beauvais kojarzy mi się z językiem polskim, który słychać na każdym kroku. To pasażerowie kolejnego Ryanaira do lub z Polski. To taka magiczna poczekalnia, w której emocje wylewają się ze mnie jak z bezbronnego dziecka. Serio. Na widok otwierających się drzwi, zza których wyłoni się za chwilę moja mama lub kuzynka, jestem totalnie bezradna. Nawet teraz, gdy o tym myślę, ściska mnie w żołądku. Po prostu. Chyba nie ma drugiego miejsca na świecie, gdzie wylałam tyle łez, co tutaj. W Beauvais.

Może dlatego właśnie nigdy nie myślałam o tym miejscu, jak o celu wycieczki i obiekcie do zwiedzania. Ostatnio nadarzyła się jednak okazja, by zobaczyć także miasto. Odwieźliśmy na lotnisko naszych gości i stwierdziliśmy, że warto skorzystać ze słonecznego sobotniego popołudnia i zobaczyć katedrę, z której słynie Beauvais. Nasz wypad okazał się wycieczką pełną zaskoczeń.


sobota, 4 listopada 2017

Przystanek. Wrzesień i Październik

Wrzesień to dla mnie miesiąc powracania - dosłownie i w przenośni, fizycznie i mentalnie. Powrót do emigracyjnej rzeczywistości, powrót do pracy, planów zawodowych i spraw przerwanych przed wakacjami. Trochę taki szok powakacyjny, a trochę tak, jak niegdyś powracało się do szkolnej ławki. Tyle że nie ma już pachnącego nowością plecaka, czystych zeszytów i nowych mazaków i tego podekscytowania. Nasz dom, który prawdziwie żył przez dwa miesiące wakacji, z materacami na podłogach, ręcznikami na oparciach krzeseł, otwartym na oścież balkonem, zapachami z kuchni i dźwiękiem otwieranego wina - nagle pustoszeje. W tym roku mój powrót z Polski zbiegł się także z pierwszym dniem września. Musiałam znowu wejść w odpowiedni rytm, na nowo obrać kurs i otrzeć łzę po rozstaniach z bliskimi. A to nigdy nie jest proste.




piątek, 3 listopada 2017

Wszystkich Świętych na polskim cmentarzu w Montmorency

To już tradycja, że co roku w dniu Wszystkich Świętych chodzimy na francuskie cmentarze z poszukiwaniu grobów naszych rodaków. To jest taki szczególny dzień, kiedy myśli wędrują do Polski, do rodziny, która tam została, a także tych, którzy odeszli, a ich groby są daleko stąd. I jest to chyba dla nas, Polaków emigrantów, bardzo znamienne, że udajemy się na cmentarze francuskie niezależnie od tego, czy są tam pochowani jacyś krewni czy też nie. Jest w nas potrzeba, by tego dnia oddać hołd zmarłym i pozwolić sobie na chwilę zadumy. Co roku, gdziekolwiek byśmy nie byli, czy na słynnym Père-Lachaise w Paryżu, czy na małym nieznanym nikomu podparyskim cmentarzu, 1 listopada zawsze spotykamy wielu Polaków. Teraz już mnie to nie dziwi, ale za pierwszym razem byłam w szoku spotykając na każdym kroku całe rodziny Polaków.



czwartek, 26 października 2017

O polsko-polskiej przyjaźni na emigracji

Życie bez znajomych i przyjaciół to nie życie. Zwłaszcza na emigracji. Ta ostatnia weryfikuje wszystkie relacje: rodzinne, małżeńskie, rodzicielskie i przyjacielskie. To prawda, że dziś jest łatwiej. Są telefony, Skype, videoczaty i tanie loty Ryanaira. Ale jest wiele sytuacji, w których i to nie wystarcza. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Moja słabo słysząca babcia nie jest w stanie rozmawiać przez telefon, a i Skype jest dla niej czymś kompletnie oderwanym od rzeczywistości. Jednym słowem oszczędzam jej tego stresu. To tylko jeden z przykładów, że chcieć to nie zawsze móc. Ale dziś nie o rodzinie będzie, a o przyjaźni.

wtorek, 24 października 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji #6

Co mnie ostatnio inspiruje? Na pewno pogoda. Piękna, słoneczna jesień, która nie pozwala wręcz siedzieć w domu. Poza tym goście i spotkania z ludźmi. Nie brakuje też dobrej muzyki i filmów. W październiku sporo się dzieje, a w inspiracjach propozycje w sam raz na jesienne wieczory i dni. Na pogodę i niepogodę.

MUDO Musée de l'Oise w Beauvais


sobota, 21 października 2017

Muzeum Ceramiki w Sèvres

Gdyby nie moi goście, wielbiciele sygnowanej porcelany, pewnie nigdy bym tu nie dotarła. Tak się jednak złożyło, że wcale nie Luwr, ani żaden inny obiekt paryski nie znalazł się w centrum ich tak wielkiego zainteresowania, jak właśnie manufaktura w podparyskim Sèvres (Musée national de Céramique), którą zapragnęli zobaczyć podczas ostatniej wizyty. Sama uwielbiam porcelanowe filiżanki i różne fajansowe cudeńka, więc z wielką ciekawością towarzyszyłam im podczas tej wycieczki.





wtorek, 26 września 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji #5

Końcówka września to ewidentnie koniec wakacyjnego sezonu, choć znam takich, którzy wyruszają do ciepłych krajów właśnie teraz. A ja lubię jesień. Nie tylko tę w Paryżu. Uwielbiam zapach rześkiego, ale jeszcze nie przejmująco zimnego poranka. Zmieniające swój kolor drzewa za oknem i brodzenie w liściach w słoneczne popołudnia. Wiewiórki wyszły z ukrycia i swawolnie skaczą po świerkach naszej posesji. Wieczory przy świecach też bardzo lubię, swetry i ciepłe skarpety trochę mniej, ale gorące kakao w połączeniu z książką to już poezja. Były cudne wakacje, czas na jesień. Taka kolej rzeczy. Czas najwyższy na kolejne inspiracje. 

Źródło Facebook/ARTJANI/Sławomir Janicki

piątek, 22 września 2017

Jesienią w Paryżu...

Wiecie, potrafię narzekać na Paryż. Potrafię go nie lubić i z niechęcią wsiadać w pociąg w kierunku dworca Saint-Lazare. Ale też niezmiennie potrafię się Paryżem zachwycić. Ten czas ponownych "ochów i achów" przychodzi systematycznie, co roku, wraz z jesienią. Bo ja uwielbiam Paryż właśnie wtedy. Gdy letni miejski ukrop i zaduch odchodzi w zapomnienie. Poranki są takie rześkie, pomieszane z zapachem kawy. W parkach już nie trzeba szukać cienia i ochłody, za to można brodzić w szeleszczących dywanach liści, czytać książkę na zielonej ławce i patrzeć jak promienie wrześniowego słońca igrają z kolorami jesieni. Lubię, gdy Francuzi wracają po urlopach do pracy i opowiadają w metrze, biurze i w kawiarni o swoich wakacyjnych wojażach, a dzieci ciągną za sobą nowe tornistry na kółkach. Miasto powraca na swój własny tor, na paryskie ulice powracają szaliki i eleganckie szpilki. Lubię to bardzo. No i te kasztany.

wtorek, 19 września 2017

Salon du mariage, czyli targi ślubne w Paryżu

Podczas gdy paryżanie i turyści tłumnie korzystali z atrakcji i możliwości Europejskich Dni Dziedzictwa Narodowego, zwiedzając w ostatni weekend za darmo co ciekawsze miejsca w Paryżu, my przemierzaliśmy korytarze pełne sukien i smokingów ślubnych, kwiatów, świec, fotobudek, dj-ów i barmanów serwujących swoje obłędnie kolorowe drinki i koktajle na targach ślubnych na Porte de Versailles. Wróciliśmy do domu z dwiema ciężkimi torbami, pełnymi katalogów, prospektów i wizytówek oraz z przekonaniem, że w dzisiejszych czasach wszyscy wszystko są w stanie za Ciebie załatwić. Za Ciebie i Twoje pieniądze rzecz jasna. Przy ostatnich stoiskach kręciło mi się już w głowie, a ostatecznie przygotowania ślubne rozpoczęliśmy od... planowania podróży poślubnej :D Tak, oferty są obłędne. Rajskie plaże za oknem sypialni, hotele z łóżkami zasłanymi płatkami róż, szampan i owoce morza na powitanie, a do tego seanse SPA i wyrafinowanego masażu dla dwojga! Czego więcej potrzeba na miesiąc miodowy? Może jedynie pieniędzy. Zapraszam Was na fotoreportaż z targów ślubnych, które odbywały 16-17 września w hali targowej Parc des Expositions na Porte de Versailles w Paryżu


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

"Moje wielkie ruskie wesele" - recenzja książki i KONKURS

Była 4 rano. W ciszy jeszcze ciemnej nocy zgrzytnęły drzwiczki skrzynki pocztowej. Jest! Książka  "Moje wielkie ruskie wesele" Ani Mandes-Tarasov czekała na mnie niczym pocieszenie po zakończonych właśnie wakacjach. Chwilę wcześniej wróciliśmy z naszej wymarzonej podróży na południe Francji.

To miała być lekka, przyjemna lektura, w sam raz na wakacje. Tak zapowiadały wcześniejsze recenzje. Książka jednak dotarła mnie w dniu, w którym właśnie wróciłam z urlopu. Anka przepraszała za opóźnienie, a ja dziś wiem, że jej debiutancka powieść dotarła do mnie w najlepszym  momencie. Ale zacznijmy od początku.


piątek, 21 lipca 2017

Nie zazdrośćcie mi!

Był kwiecień. Cannes. Nad moją głową szumiały palmy, słońce grzało w plecy, a na horyzoncie migotało lazurowe morze. Szłam deptakiem jednego z najbardziej pożądanych i prestiżowych miast na świecie i łzy płynęły mi po policzkach. Pchałam wózek, dziecko krzyczało wniebogłosy, a przechodnie podchodzili, by zapytać, czy wszystko w porządku. A ja szłam, zastanawiając się: Co ja tu do cholery robię? Byłam nianią 24h, zarabiałam niezłe pieniądze, ale byłam wykończona fizycznie i nieszczęśliwa. Dysonans pomiędzy pięknem miejsca, w którym się znajdowałam, a tym, jak źle mi było w środku, był tak ogromny, że aż nie do zniesienia. To był dla mnie bardzo trudny okres życia pod wieloma względami. Nie wiem jak, ale jakimś cudem go przetrwałam. Przetrwałam i jednak zostałam we Francji. 

Po ponad dwóch latach wracam do Cannes. 



piątek, 30 czerwca 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji #4

Czekałam na ten moment. I nie powiem, cieszę się, że skończy się wstawanie skoro świt o 5.28, do którego niestety, pomimo wszelkich starań i wysiłków poczynionych przez ostatni rok, nie byłam w stanie się przyzwyczaić. Jestem sową i chyba tak pozostanie. I cieszę się, że przyjdzie czas, kiedy obudzę się rano i pomyślę, że nic dziś nie muszę. No cholerka, nic! I że będzie to trochę trwać. Że dopiero przy którejś kolejnej porannej kawie na balkonie dotrze do mnie w końcu, że są wakacje. Ale najbardziej, ponad wszystko cieszę się z tego, że mieszkanie ożyje życiem poczwórnym. Poduszki, koce, ręczniki będą wisieć wszędzie. Walizki, ciuchy, kosmetyki będą się poniewierać w kątach, ale nikomu nie będzie to przeszkadzać. Piekarnik i kuchnia będą żyć swoim życiem. Podobnie jak nasz ogromny balkon, który w wakacje pełni rolę jadalni, plaży, sali kinowej i pokoju zwierzeń z nieźle zaopatrzonym barkiem. Przed nami dwa wyjątkowe miesiące, na które czekaliśmy z utęsknieniem. I goście. I niczego Wam nie obiecuję, bo wiem, że bywa różnie. Może nie być czasu, internetu, weny. Dziś za to wiem jedno, życzę Wam tak bardzo od siebie, z serca, wszystkiego tego, czego potrzebujecie na te wakacje. Odpoczywajcie, gapcie się w niebo, jeździjcie autem bez celu i planu, moczcie nogi w rzekach, jeziorach i morzach, pijcie zimne piwko i róbcie wszystkie te rzeczy, na które nie macie czasu ani siły na co dzień. Pod jednym jednak warunkiem. Musicie mieć na nie szalenie wielką ochotę. Całą resztę zostawcie w świętym i głęboko poważanym spokoju...
I czas na ostatnie, przedwakacyjne inspiracje! Tym razem nieco inne, dużo większa dawka emocji niż zwykle!


Koniec i początek

To jednak prawda, że najbardziej w życiu rozczarowują nas rzeczy i sprawy, wobec których mamy ogromne oczekiwania. 
I to prawda, że to te pozornie błahe wydarzenia, niby przypadkowe, przynoszą nam niespodziewanie dużo radości, wnosząc w nasze życie ważne wartości i zmieniając jego bieg.

Miałam być nianią tylko na trochę, na chwilę, szukałam czegoś dorywczego, bo już pracowałam. Jedno ogłoszenie i jedna krótka wiadomość zmieniły całkowicie mój rytm życia przez ostatni rok, a także podejście do wielu rzeczy tu we Francji, osłodziły moją emigrację i sprawiły, że w ten oto sposób przestałam być babysitterką, a stałam się członkiem cudownej francuskiej rodziny. A dziś dostałam najpiękniejszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć na koniec tej wspaniałej przygody... W środku są cudne zdjęcia i laurki od małych smyków, ale z wiadomych względów ich tu nie pokażę. 
 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Paryżanie mają swoją własną Prowansję! Czyli Święto Lawendy 2017.

Jeeeeny, jak pachnie w całym domu!  Wróciłam wczoraj do domu obładowana torbami świeżo ściętej lawendy, a także zapachowymi saszetkami już zasuszonej. Nie zapłaciłam za to złamanego euro. A jeszcze dodatkowo świetnie się bawiłam i odpoczywałam. Niby nic, niby tylko trochę kwiecia, zapachu i piknik na trawie... A jednak! Obiecaliśmy sobie wpisać Święto Lawendy (Fête de la Lavande) w nasz coroczny czerwcowy kalendarz.


czwartek, 22 czerwca 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji #3

Czerwiec wre. Dosłownie. Żar się leje z nieba. 23°C o 6 rano robią wrażenie. Dziękczynienia płyną w stronę okiennic i wentylatorów. Ale cudne, letnie wieczory na tarasie, ze szklanką orzeźwiającego napoju w dłoniach (koniecznie!), rekompensują wszystko! Z balkonu coraz częściej widać fajerwerki. A to oznacza, że czas letnich imprez rozpoczął się na dobre. Żal nie korzystać! Dziś w inspiracjach zatem będzie bardzo rozrywkowo! I będzie baaaardzo pachniało! Paryżem oczywiście ;)


wtorek, 20 czerwca 2017

Przystanek: Le Vexin, czyli o mojej najlepszej podróży bez celu...

Jestem dziwnym typem wędrowca. Wolę samą drogę niż cel. Wolę auto niż samolot. Wolę francuską prowincję niż Paryż. Wolę swojskie bistro niż ekskluzywną restaurację. Wolę camping niż hotel. Czuję się wtedy najlepiej, swobodnie, czuję, że jestem wtedy sobą. Właściwe miejsce i czas. Nic nie uwiera. Jest idealnie.

Potrafię przejechać 200 km, żeby tak naprawdę nigdzie nie dotrzeć i z perspektywy przewodników nic nadzwyczajnego nie zobaczyć. Żadnych gór i mórz, żadnych odhaczonych zabytków ani nawet obiadu w knajpie. Ale za to chorobliwie uwielbiam zaglądać ludziom w okna, podglądać ogródki i tarasy, na których piją aperitif. Tak. Uwielbiam to. Uwielbiam podglądać ludzi, jak żyją. Jaki kolor okiennic wybrali. Jak spędzają czas wolny w upalne, niedzielne popołudnie. Co stoi u nich na stole. Czy i gdzie jeżdżą na rowerach. Co niosą w torbie na piknik. Którą bagietkę kupują: zwyczajną czy tradition. Jaką książkę czytają. I nawet jeśli wścibstwem tę moją przypadłość można nazwać, to jest to wścibstwo wynikające tylko i wyłącznie z ciekawości wobec życia i tego jak żyją inni. Czy i gdzie jest im dobrze, czy są szczęśliwi. Czym się różnią ode mnie. Albo od nas, Polaków. Podglądam, żeby zrozumieć. Żeby nabrać dystansu do pewnych spraw. Żeby się zainspirować. Uwielbiam to.

I właśnie dlatego, jeśli zapytacie mnie, po cholerę to jechać trzy godziny autem w upalne niedzielne popołudnie tak naprawdę bez celu i planu, to odpowiem Wam, że właśnie po to. Żeby droga przyjemnością była, a nie sam cel podróży. Aby po drodze odkryć dziesiątki miejsc, do których jeszcze warto będzie wrócić, a których nie ma w przewodnikach. Żeby spotkać ludzi, a nie turystów. Żeby zobaczyć zwyczajne codzienne życie w innym, niż moje, wydaniu.





środa, 14 czerwca 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji # 2

Czerwiec to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc. I nie tylko dlatego, że truskawki, czereśnie i moje urodziny ;) Czuć już lato w powietrzu, oceny w szkołach wystawione, bilety na wakacje kupione i w życie wkrada się to cudne wakacyjne podekscytowanie. Czerwiec to już sezon na dobre i dużo się dzieje w plenerze i nie tylko. Sami zobaczcie.

Źródło: www.facebook.com/levillagepreferedesfrancais

piątek, 9 czerwca 2017

A gdyby tak raz na zawsze...

A gdyby tak można było raz na zawsze. Być szczęśliwym. Znaleźć świetną pracę. Najlepszą miłość.

Raz na zawsze schudnąć. Zadbać o siebie. Raz na zawsze przestać narzekać.

A gdyby tak raz na zawsze oswoić tę emigrację i przyjąć do rozhuśtanej świadomości fakt, że Polska jest tam, a ja Tu, i moje życie jest tutaj - nigdzie indziej.

Gdyby TAK WŁAŚNIE raz na zawsze mogło być, o ile łatwiej by się żyło, prawda? No jasna cholera, byłoby świetnie.

No, ale nie jest tak. Choć coraz lepiej jest. Z tym krzykiem w środku i poskręcanym żołądkiem, gdy opuszczam płytę lotniska w Modlinie. W Polsce straszę regularnie brakiem makijażu, ale we łzach pożegnania już więcej jest ciszy przyzwyczajenia niż spazmów żalu i niezgody. Więcej nadziei na kolejne spotkanie i świadomości, że jest, jak jest i w tym momencie tak być musi. Że to mój wybór przecież. Każdego dnia.

W drodze na Lazurowe Wybrzeże
Plaża w Cannes

wtorek, 6 czerwca 2017

5 inspiracji z paryskiej emigracji # 1

Tak jak wspomniałam w ostatnim podsumowaniu majowym, stuknęły właśnie 2 latka naszemu blogowi, zatem czas na zmiany i powiew blogowej świeżości. Więcej życia na Przystanku, a zatem więcej inspiracji. Oto nowy cykl artykułów - krótkich, raczej kolaży, z mojego życia na francuskiej emigracji. Będę Wam podrzucać obrazki, piosenki, filmy, plakaty, sukienki i kapelusze - wszystko to, co mnie tu na co dzień zaskakuje, porusza, zachwyca, bulwersuje... To są czasami drobiazgi, o których być może nie ma sensu pisać całego artykułu, ale z tych drobiazgów tak naprawdę składa się nasza rzeczywistość. Nasze życie. Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie. Hej hop - zaczynamy!

 

piątek, 2 czerwca 2017

Przystanek Maj

Maj zaczął się ciekawie. Tak się poukładało, że świętowałam swoje imieniny we Francji i w Polsce - i to tego samego dnia. A skoro Polska, to zawsze dużo wrażeń i emocji. I zmęczenie, choć jakimś cudem tym razem nie pochorowałam się. Za to odbyłam kilka kursów pomiędzy Warszawą a Krakowem i stwierdzam, że mój stosunek do polskich kolei ciągle pozostaje ambiwalentny. Tak jak wprawiła mnie w zachwyt wygodna, czysta, nowoczesna podróż "DO", czyli efekt WOW, to już "Z POWROTEM" było nieco gorzej, oj gorzej - zwłaszcza dla tych, którzy w Intercity mieli miejsca stojące... Warszawa ugościła nas fantastycznie, a Kraków niezmiennie zachwycał, uwodził i wciągał. Czasami się jeszcze zastanawiam: jak to możliwe, że ja z tego miasta uciekłam do Francji? Jak to możliwe, że je opuściłam? Ano opuściłam. Ale Muszkieter zaraz powiedziałby, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma." No i miałby rację... ;) Za każdym razem jednak z przyjemnością poddajemy się temu krakowskiemu uwodzeniu i z kłuciem w sercu opuszczamy to miasto, dla nas obojga tak ważne...




poniedziałek, 29 maja 2017

Przystanek Nancy - Reims

Uwielbiam długie weekendy i szczęśliwe zbiegi okoliczności, które sprawiają, że nagle ląduję w kompletnie niespodziewanym miejscu. Tak było z Nancy. Kuzyn Muszkietera miał tam odebrać swoje nowe auto, więc.. pojechaliśmy z nim. Długi weekend, cudny maj, perspektywa wycieczki w nieznane - czego chcieć więcej? Dla mnie pełnia szczęścia. I w ten oto sposób śniadanie jedliśmy na balkonie w Melun, obiad na Placu Stanisława Leszczyńskiego w Nancy, a kolację na placu pod Katedrą Notre Dame w Reims.