środa, 7 grudnia 2016

W oczekiwaniu...

Coraz bliżej końca roku... Jak wypadnie 2016? Z dzisiejszej perspektywy, z perspektywy minionych 365 dni i w konfrontacji z planami i oczekiwaniami wobec siebie, życia, emigracji, które się miało 12 miesięcy temu?

Za to kocham grudzień. Że zmusza do refleksji. Że od refleksji nie pozwala uciec. Że trzeba na tych czterech literach usiąść, zapalić świeczkę lub lampki w oknie i pomyśleć. Się zatrzymać. Konkretnie. Dlatego siedzę i piszę. Wracam tu pomału.


W przeciwieństwie do ubiegłego roku, kiedy wszystko było na ostatnią chwilę, dziś już wiem, że Święta spędzimy w Polsce. Taka perspektywa nadaje nowego znaczenia tegorocznemu Adwentowi. Słowo "oczekiwanie" nabiera innego wymiaru i sensu. W zeszłym roku Wigilię spędziliśmy tutaj, we Francji. Po raz pierwszy w życiu pracowałam w Święta. Nie było łatwo. Jest łatwiej, kiedy ma się tu z kim spotkać i usiąść przy stole, więc i tak mamy wiele szczęścia. Ale Święta na emigracji, z dala od Polski, a przede wszystkim daleko od najbliższej rodziny, to dla mnie ciągle Święta naznaczone brakiem. Tęsknotą, która nie pozwala ich przeżywać w pełni. Smutkiem, którego nie da się ukoić wewnętrznym głosem rozsądku. Słowami, które grzęzną w gardle na dźwięk kolędy dla nieobecnych... I choć w ubiegłym roku siedzieliśmy w szóstkę przy polskim stole, przy trzaskającym kominku, choć był barszcz z uszkami, opłatek, życzenia, kolędy i niekończące się rozmowy, choć tak bardzo staraliśmy się stworzyć tę tzw. magiczną atmosferę, to jednak czuć było smutek ciążący nam na sercach - każdy przy tym stole za kimś tęsknił, o kimś myślał... Święta nieidealne... Pamiętacie?

W tym roku będzie zupełnie inaczej. Jestem już w innym punkcie życia niż wtedy. Mam inną pracę i ponad tydzień świątecznego urlopu. Nadal mieszkam we Francji i niezmiennie emigracja mnie uwiera, co nie pozostawiam bez refleksji i pytań. Jednak ciągle próbuję. Coś zmieniam, sprawdzam, życie i siebie wystawiam na próbę. Coraz częściej jeżdżę do Polski, ale zawsze wracam. Męczę ten francuski, choć kompletnie mi z nim nie po drodze. Wkurzam się na francuską biurokrację, ale potem wracam w podskokach od dentysty, zachwycona jakością usług i rachunkiem niemal w 100% pokrywanym przez ubezpieczenie. Opuściłam całkowicie Paryż, by się przekonać, czy życie w małomiasteczkowej Francji jest właśnie tym, które mi odpowiada. Znalazłam jedną, a potem drugą pracę i odbyłam rozmowę kwalifikacyjną, która być może już w niedalekiej przyszłości otworzy nowe drzwi na ścieżce zawodowej. Jednocześnie cholernie tęsknię za Polską. Ciągle. Niezmiennie. Wracam z Polski i zanurzam się na kilka dni w żałobie. Potem wstaję i idę do pracy i planuję spotkania na skype z rodziną. I tak bez końca zastanawiam się, czy ta emigracja jest rzeczywiście dla mnie...

Wiecie już zatem, gdzie byłam, kiedy mnie tu nie było. Te 2, 5 roku emigracji to dla mnie jedna ciągła zmiana i nieustające poszukiwania. Przede wszystkim jednak poszukuję przekonania i entuzjazmu, bo bez tego to ani w Polsce, ani tutaj żyć się po prostu nie da. I tego entuzjazmu, w oczekiwaniu na Święta i Nowy Rok oraz na obecnie trwający Adwent sobie i Wam gorąco życzę, a na poczet tego załączam niezwykły, przedświąteczny film, który poruszył miliony internautów w sieci, i mnie też :) Najpierw płakałam ze śmiechu, a potem ze wzruszenia. Obejrzyjcie koniecznie!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz