poniedziałek, 7 marca 2016

Paryż-Nicea 2016, czyli jak zostałam fanką wyścigów kolarskich

Zanim poznałam Muszkietera,  nie wiedziałam absolutnie nic na temat kolarstwa ani się tym sportem w żaden sposób nie interesowałam. Ale piękno związku polega na tym, że spotyka się ze sobą dwoje ludzi, którzy mają różne pasje, zainteresowania, poglądy i upodobania kulinarne. I tymi pasjami, swoją wiedzą, odmiennym spojrzeniem na życie i jego różne aspekty ubogacają świat tej drugiej osoby. Albo wkurzają. Bo jest jedno "ale". Trzeba chcieć ujrzeć w tej odmienności bogactwo i szanse na nowe doświadczenia i doznania. Tylko wtedy jest szansa na coś ekscytującego, miejsce na nowe.


Ale na początku wcale nie było tak kolorowo. Zerkałam w ekran i miałam różne myśli. Boże, ile to trwa. Ile to można oglądać? Oni ciągle tylko jadą i jadą. Peleton się urwał. Co się urwało? Tamci pracują na tego jednego, który zgarnia zwycięstwo. No jak tak można? Jak cała grupa może pracować na jednego kolesia? Przecież wszyscy jadą i tak samo się męczą?! Wielka kraksa! - krzyczy komentator z podekscytowaniem. Matko Boska, jak się można podniecać upadkiem i nieszczęściem tych zmęczonych biedaków?? Nadchodzi wyścig Tour de France. Trzy tygodnie jazdy. Jazdy - dosłownie i w przenośni. Codziennie średnio pięć godzin transmisji, a nawet osiem. W naszym domu non stop nadaje Eurosport. Muszkieter przed ekranem. Na siedząco lub stojąco. Zależy od dawki emocji. Których ja niestety nie potrafię w sobie wzbudzić.





Mimochodem zerkam jednak w ten ekran. Lazurowe Wybrzeże, egzotyczne plaże, hiszpańskie góry, ogromne przepaście, prażące słońce lub potworne ulewy. A tamci jadą, pedałują bez wytchnienia kolejne godziny i dni. Tam ładny widoczek. Tam ciekawa bazylika. A tu włoskie winnice. Kibice przezabawnie poubierani. Zabierają swoje żony, dzieci, rodziny i przemierzają tysiące kilometrów camperami w ślad za tymi biedakami. Pogoda, niepogoda, żar z nieba czy ulewa. A ci biedacy ciągle pedałują. 





I za którymś razem zauważam, jak urywa się peleton. Jak tamci pracują dzielnie na tego jednego kolesia, który pewnie wygra. I już wiem, że zaraz Muszkieter wstanie, bo to ostatnie cztery kilometry. I się zaczynam uśmiechać, rozpoznając te momenty. Coś więcej rozumiejąc. W przezabawne dialogi kultowych komentatorów Jarońskiego i Wyrzykowskiego się wsłuchując. I tych widoków w tle wyścigu, zapierających dech w piersiach, zaczynam wyczekiwać, wypatrywać na ekranie. I nasz "Kwiato", Polak, zdobywa niespodziewanie mistrzostwo świata. I wiem już, ile znaczy tęczowa koszulka. A mi zaczyna się marzyć koszulka kibica w wielkie czerwone kropy. 



I tak zerkam i zerkam. Aż nadchodzi ten dzień. Jadę z Muszkieterem na wyścig. Jeszcze nie wiem, czym jest właściwie "czasówka", ale za chwilę okaże się, że najbardziej będę lubić ten właśnie rodzaj wyścigu. Że mi się tak spodoba. Że te emocje będą jak narkotyk. Że będę stać przy banerach, piszczeć i machać wielkimi dmuchanymi łapkami jak nienormalna. Na wietrze, w deszczu czy słońcu. Że Muszkieter będzie krzyczeć za każdym razem: popatrz na jego twarz, popatrz! A ja, nie rozumiejąc tych słów, pełna konsternacji i przerażenia najpierw, będę się potem wpatrywać, z podziwem, w te zmęczone nadludzkim wysiłkiem, spalone słońcem i ubrudzone błotem twarze. W te grymasy skupienia, koncentracji i medytacji, zmęczenia i bólu. Będę próbowała zrozumieć, jak tak można. Bo okazuje się, że można. Że ciało nie dałoby rady, gdyby nie głowa. Gdyby nie determinacja, zacięcie, upór... Patrzyłam na to, jak niemożliwe staje się możliwe dzięki wierze. Że wiara czyni cuda. Że praca tytaniczna, włożona w ten rytm, ruch, prędkość, że to może zdziałać cuda. Pozwala przekraczać granice, przekraczać siebie.




I jest w tym patrzeniu na ich twarze i ich wysiłek jakaś niezgłębiona magia. Na te ich upadki i powstawanie. Pedałowanie pomimo złamań, otarć, krwi płynącej po nogach. Pomimo przeziębienia, bólu głowy, upału i lodowatego deszczu. I być może ja się nie znam na kolarstwie, nie rozumiem reguł i nie do końca wiem, kto kiedy na kogo w tym peletonie pracuje. Ale dziś wiem jedno. Nie miałam pojęcia, jak trudny jest ten sport i że chyba nie ma on w tym trudzie, a przede wszystkim w niedocenieniu sobie równego. Niedoceniony jest, a laury przewidziane tylko dla nielicznych, najwytrwalszych i wyposażonych w pewną dozę szczęścia. Wysiłek kolarzy nie może nie wzbudzać szacunku, nie można go podważyć. Jest widoczny, niemalże namacalny w uderzeniach świszczącego powietrza pozostającego po przejeździe peletonu.



Ale magia kolarstwa to nie tylko ściganie. To też taka nadzwyczajna zwyczajność bycia kolarzy. Bycia blisko ludzi, kibiców, fanów. Na wyciągnięcie ręki. Niekiedy aż za bardzo, aż do granic bezpieczeństwa, które nierzadko przekraczają i łamią kibice przez swoją bezmyślność i głupotę. Gdy wybiegają na tor, gdy ciągną zawodnika za ubranie, oblewają go... moczem... A on? Jedzie dalej...





I nie wiem, czy Wiecie, ale kolarze z gwiazdami niewiele mają wspólnego. Przyjeżdżają na wyścig autokarami, które zaparkowane są w pobliżu startu. I blisko ludzi, kibiców. Przy tych autokarach kolarze robią sobie rozgrzewkę na specjalnych stacjonarnych rowerach. Każdy może wówczas podejść, popatrzeć, porozmawiać, zrobić zdjęcie i wziąć autograf. Każdy. Nie ma ochrony, bodyguardów w garniakach i okularach przeciwsłonecznych. Zawodnicy, udając się na miejsce startu, niejednokrotnie muszą się dzielnie przecisnąć przez tłum. Nikt im tego nie ułatwia. Nie ma szczególnego traktowania ani mowy o gwiazdorzeniu. I można zobaczyć, jak ten sport wygląda od kuchni. Jego organizacja. Jak technicy sprawdzają koła, smarują łańcuchy, czyszczą ramy. Jak wygląda wyposażenie takiego autokaru, który pełni jednocześnie funkcję pojazdu, kuchni, garderoby, pralni, magazynu i warsztatu. Jak wygląda rower wart tysiące euro. A także żona mistrza świata i jego dzieci, które przyszły dać tacie buziaka na szczęście. A ci bardziej spostrzegawczy dostrzegą nawet w lukach otwartego bagażnika prywatne torby z nazwiskami zawodników. Za każdym razem, kiedy idę pod taki autokar, kiedy staję twarzą w twarz z mistrzem świata tego arcytrudnego sportu, z każdym z kolarzy i mogę bezczelnie podsłuchiwać ich rozmowy z kolegą czy trenerem, bo są tak blisko  - jestem w szoku. Trwam w szoku i podziwiam. Ciągle podziwiam. 














I wyobraźcie sobie, że tegoroczna edycja wyścigu, który nadzwyczaj lubię Paryż-Nicea 2016, miała miejsce kilkanaście kilometrów od mojego domu. Wczoraj, w Conflans Sainte Honore, 25 minut pociągiem z Paryża, w mieście które uwielbiam, odbył się tzw. prolog wyścigu Paryż-Nicea 2016. Niestety musiałam iść do pracy, ale zaraz potem popędziłam do Conflans, gdzie czekał Muszkieter. Popędziłam, żeby choć uszczknąć trochę tej atmosfery. Pójść pod autokary. Popatrzeć na te twarze. 






Francuzi są ogromnymi fanami kolarstwa. Francja jest organizatorem wielu wyścigów kolarskich, a wśród nich najbardziej prestiżowego - Tour de France. Ma też znakomitych zawodników. Nie ma się co dziwić - ulice pełne są amatorów tego sportu. Zresztą wielu Francuzów uprawia kolarstwo bardziej serio - w klubach lokalnych, których tu wiele. Muszkieter ze swoją pasją jest tu więc bardzo szczęśliwy, a ja mu chętnie w tym szczęściu towarzyszę. I ten wpis dedykuję właśnie Jemu ;)







PS. Autorem wszystkich zdjęć jest nie kto inny, jak oczywiście Muszkieter :) Macie okazję zobaczyć świat kolarstwa oczami prawdziwego kibica i pasjonata :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz