poniedziałek, 23 listopada 2015

Gerberoy, czyli niespodzianek czar

Lubicie niespodzianki? Ja uwielbiam. A Muszkieter lubi je robić. Niestety, dość często o tym zapominam, aż do następnego razu, co skutkuje różnymi konsekwencjami, np. nienaładowanym aparatem fotograficznym, wtedy gdy bardzo, ale to bardzo by mi się przydał albo brakiem parasola, gdy leje jak z cebra, albo niestosownym do okoliczności strojem, kiedy ląduję w dżinsach na eleganckiej kolacji. Broń Boże nie narzekam, mam raczej żal do siebie, że nie jestem na co dzień bardziej przezorna ;)


I właśnie dwa tygodnie temu nadszedł taki dzień. Dzień niespodzianek, kiedy zostałam wpakowana do auta i wywieziona z domu. A dokładniej jakieś 100 km od domu. Zdążyłam, na szczęście, zabrać w ostatniej chwili, nienaładowany oczywiście, aparat fotograficzny, ale o parasolu przypomniałam sobie dopiero, gdy zaczęło kropić, a o wygodnym obuwiu - dopiero gdy utonęłam w liściach. Witaj przygodo! ;)


Nie wiedziałam dokąd jadę, a Muszkieter tylko podśmiewał się pod nosem triumfująco, gdy raz po raz próbowałam odgadnąć, dokąd zmierzamy. Długi czas obstawiałam katedrę w Beauvais, bo jakiś czas temu planowaliśmy ją zobaczyć, ale gdy wyjechaliśmy z miasta, a przed nami roztoczył się  długi, pusty, zielony horyzont - zrezygnowałam.





Po ponad godzinie drogi, znalazłam się w miejscu, które mnie kompletnie oczarowało. Tak jak ponad sto lat temu oczarowało jednego z największych mistrzów impresjonistycznego malarstwa Henri le Sidanera. Byliśmy w Gerberoy. Mówi Wam coś ta nazwa? To jedna z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych francuskich wiosek, jakie do tej pory widziałam. Zachowała swoją średniowieczną zabudowę, a także niesamowitą atmosferę! Witają Was kolorowe fasady uroczych niskich domków i kompletna cisza. Dookoła wioski tylko zielone pola, lasy i pastwiska, gdzie pomrukują sobie leniwie krowy i konie. I wiecie co? Muszę się Wam do czegoś przyznać. Pochodzę z małej miejscowości i odkąd skończyłam podstawówkę i wyprowadziłam się z domu do szkoły z internatem przez kolejne lata robiłam wszystko, by nie wrócić na tzw. prowincję. Uwielbiałam duże miasta i ich tempo życia. A odkąd zamieszkałam we Francji... przeszło mi. Naprawdę! Zakochałam się w małych francuskich miasteczkach i wioskach, a moim obecnym marzeniem jest domek z niebieskimi okiennicami i małym ogródkiem. Odkąd zaczęłam odkrywać tutejsze urocze wioski - wolę spędzić niedzielne popołudnie spacerując po jednej z nich, niż snuć się z tłumem turystów po paryskich zabytkach... Starzeję się? ;)






Powracając do Gerberoy. Wysiadłam z auta i z bananem na ustach stanęłam jak wryta. Takiej ciszy już dawno nie zaznałam. Nie przeszkadzał siąpiący deszcz, którym pachniało jesienne powietrze. Szliśmy krętą uliczką pod górę, w milczeniu podziwiając urocze domy z malinowymi, niebieskimi, seledynowymi drzwiami i okiennicami, normandzkimi śladami architektury, finezyjnymi ornamentami, otulone zielenią, kwiatami i jesiennymi liśćmi. W tej niesamowitej ciszy były jak zaczarowane. Jak z baśni.











Przez niskie, niezasłonięte niczym okna mogliśmy podglądać niezwykłe wnętrza tych domków i świąteczne (był 11 listopada, Fete l'Armistice) życie mieszkańców - biblioteczki, duże, drewniane stoły, ogień tlący się w kominkach, ludzi owiniętych kocami i zatopionych w lekturze. Magia życia na żywo.












Spacerowaliśmy po brukowanych uliczkach, w otoczeniu średniowiecznych ruin, pod oknami nieogrodzonych niczym posesji, wzdłuż rabatek zieleni i kwiatów, mijając od czasu do czasu domy niezamieszkane, z pajęczyną w oknie i historią nigdy nieodkrytą... Dotarliśmy do całkiem pokaźnego kościoła na wzgórzu, otwartego oczywiście. W środku cisza, mrok, prostota, piękne witraże w oknach, kilka zapalonych świeczek wokół figury Matki Boskiej...










Niestety, ogród różany, dzięki któremu słynny malarz Henri le Sidaner rozsławił to miejsce (o Gerberoy mówi się także "miasto tysiąca róż")  był zamknięty i nie mieliśmy okazji go zobaczyć. Ale odbyliśmy wspaniały spacer, brodząc w dywanach liści i zapadającym mroku... Dostrzegając w ostatnich smugach dziennego światła kontury zielonych pastwisk i pagórków oraz lasów za horyzontem... Od czasu do czasu spotykaliśmy mieszkańców spacerujących z psami... Poza tym cisza... Ciepłe światło w oknach, studnia pamiętająca czasy nam bardzo odległe, szyldy restauracji otwartych głównie w sezonie i urocze atelier, ukryte nieco pomiędzy domami...









Na koniec gorąca kawa i lokalne piwo w klimatycznej kawiarni prowadzonej przez sympatyczną, piękną, przygarbioną latami, ale bardzo elegancką właścicielkę. Lepszego końca tej niesamowitej wycieczki nie mogłam sobie wymarzyć...  Nie dziwię się ani Sidanerowi, ani innym artystom, którzy idąc w jego ślady - przybywali tu w poszukiwaniu natchnienia. Ja, gdy tylko wróciłam do domu - usiadłam przed komputerem i napisałam ten wpis.








Niech żyją niespodzianki. I wybaczcie - trochę prywaty - całus dla Muszkietera ;)

* W najbliższą niedzielę, 29 listopada, w Gerberoy, w godz. 9.30-17.00, odbędzie się miejscowy targ przedświąteczny.

* Więcej informacji, a także krótki, piękny filmik o tym niesamowitym miejscu znajdziecie TUTAJ.
* Gerberoy było nominowane do plebiscytu na najpiękniejsze francuskie miasteczko.

4 komentarze:

  1. Ah! Tutaj jest przepięknie! Szukam takich miasteczek z utęsknieniem! Może znajdę jakiś sposób by znaleźć się tam w nadchodzącą niedzielę :)) Cudne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maarzka!!! Sprawdź sobie połączenia tutaj http://www.rome2rio.com/fr/s/Paris/Gerberoy i sposób się znajdzie ;) A Ty powiedz mi jakim cudem dopiero dowiaduje sie o Twoim blogowaniu??? :P ;)

      Usuń
  2. Urokliwa mieścina :) Kawa pita w takim miejscu i po taki spacerze musiałam smakować wspaniale!

    OdpowiedzUsuń