czwartek, 26 listopada 2015

Chandra pod Wieżą Eiffla

Wczoraj był jeden z tych gorszych dni. Znacie to, prawda? Od rana ma się wrażenie, że wszystko sprzysięga się przeciwko nam, wszystko jest nie takie, życie uwiera, a na głowę leje się listopadowy deszcz... Wszystko jakieś takie szare, energii brak, choć tak bardzo chciałoby się, żeby było inaczej... Z takimi myślami wyszłam wczoraj z pracy i... O nie! - ryknęłam w myślach, po czym zawiozłam siebie pod Wieżę Eiffla. Tak, to jest mój sposób na chandrę - na chandrę największego kalibru, bo z mniejszymi sobie jakoś radzę, bez wycieczek...




Przypuszczam, że każda z nas - emigrantek i Was - czytelniczek i czytelników tego bloga, ma swoją własną, osobistą historię związaną z Wieżą Eiffla. Pierwsze spotkanie na żywo, sesja zdjęciowa na Trocadéro, pierwszy pocałunek "pod", kolacja z widokiem "na", wjazd na górę i lampka szampana na szczycie... Być może rozczarowanie albo niespodziewany zachwyt? I pewnie wiele innych obrazków, które na zawsze pozostaną w pamięci...


Ja swoje pierwsze, najważniejsze spotkania z "Żelazną Damą" opisałam w powitalnym wpisie (znajdziecie go TUTAJ). Bo jakby nie było - pierwsze spotkanie z Wieżą to zazwyczaj jakiś symboliczny początek dłuższej lub krótszej historii z Paryżem, z Francją, niekiedy z miłością... Taki punkt, wokół którego toczy się francuska historia emigrantów, turystów, a także, a może przede wszystkim - mieszkańców tego miasta i kraju.


W moim przypadku to był zachwyt. Zaskoczenie zupełnie niespodziewane. I myśl: Ona nie jest przereklamowana, ona jest naprawdę wspaniała! A potem wracałam wielokrotnie przy różnych okazjach - spacerach, romantycznych kolacjach, piknikach na Polach Marsowych, koncertach... I przyszedł czas, kiedy zaczęłam razem z nią witać i żegnać każdy dzień - gdy zamieszkałam tuż obok. A potem, pracując jako niania, przedeptałam pod nią dziesiątki kilometrów, spacerując z wózkiem. Dziś już tam nie mieszkam, ale widuję ją codziennie z daleka, jadąc pociągiem do pracy... Stoi niewzruszona o każdej porze, we mgle, promieniach słońca lub czerwonego nieba o wschodzie i zachodzie. Stoi dumna, piękna... Niezastąpiony i nieporównywalny z żadnym innym symbol Miasta Świateł... "Żelazna Dama"...



Jakkolwiek to zabrzmi - mnie Wieża nigdy nie zawiodła. Ma w sobie coś takiego, że patrzenie na nią niesie ukojenie, jej niewzruszoność przynosi spokój, piękno zachwyca. Wystarczy kilka minut na tarasie Trocadéro w potędze jej cienia, by moje troski wydały się tak maluczkie, że aż śmieszne.

Wczoraj też się nie zawiodłam. Wiatr targał mi włosy, świszczał w uszach i porządkował głowę. Chmury kłębiły się nad Wieżą i rozstępowały, gnały przed siebie. Gołębie i ciekawskie mewy pozowały do zdjęć. Stałam na Trocadéro może kilkanaście minut. Zdążyłam doświadczyć w tym krótkim czasie każdej pogody. Najpierw wiatr wysmagał mnie bezlitośnie, potem deszcz lunął za kołnierz i zacinał w każdą stronę szarpiąc parasol, by na koniec wyszło słońce i odsłoniło cudowny błękit nieba. 





W pogodzie, jak i w życiu... Odczytałam tę lekcję błyskawicznie. Po swojemu.
Nieco zmarznięta, z różowymi od wiatru policzkami, wróciłam do domu. 

Uśmiechnięta.

Pamiętacie tę piosenkę Grażyny Łobaszewskiej o czasie i pogodzie?
Tak mi się ciśnie od wczoraj na usta...
Wieża mnie uczy pogody? ;)


"Widziałam wiatr o siwych włosach,
roznosił spokój wśród pól,
w ciepłe babie lato kości grzał,
a innym razem lasy kosił,
spadał ostrzem z gór,
młody był, Bogiem był i gnał wolny tak.

Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody,
zaplącze drogi, pomyli prawdy,
nim zboże oddzieli od trawy.
Bronisz się, siejesz wiatr, myślisz jestem tak młody,
czas nas uczy pogody,
tak od lat, tak od lat.

Ilu ludzi czas wyleczył z ran,
zamienił w spokój burze krwi,
pewnie kiedyś tam, pod jesień tak,
też czoło wypogodzi i wygładzi brwi.

Widziałam dni w muzeach sennych,
o wnętrzach zimnych jak lód,
starsi ludzie w rogach wielkich sal,
księgi pięknych myśli pełne,
pokrył gruby kurz,
herbaty smak, kapci miękkich szur, spokój serc.

Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody,
zaplącze drogi, pomyli prawdy,
nim zboże oddzieli od trawy.
Bronisz się, siejesz wiatr, myślisz jestem tak młody,
czas nas uczy pogody,
tak od lat, tak od lat."

A jakie są Wasze sposoby na chandrę? Chętnie wypróbuję ;)

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawie opisalas swoj sposb na chandre. Najwazniejsze aby mimo wszystko nie dawac sie smutkom i miec jakies sprawdzone metody na "oczyszczenie" mysli. Mi osobiscie tez pomagajaspacery bo nic tak nie rozjasnia w glowie jak porzadny lyk swiezego powietrza i piekne widoki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak! Nie ma to jak spacer na świeżym powietrzu, a jeszcze najlepiej jak Cie słońce popiecze albo wiatr wytarga ;) Tak sobie wczoraj pomyślałam po napisaniu posta, ze Wieża to prawdziwy miejski ewenement, skoro działa na mnie jak przyroda ;) Wieża tez przypomina mi o wielu pięknych chwilach i zachwytach, a nie ma nic lepszego na kryzys jak przypomnieć sobie te dobre chwile, prawda? Trzeba umieć docenić miejsce, w którym się jest i to, co się ma. Wtedy chandra znika :)

      Usuń