niedziela, 4 października 2015

Przystanek: Arras

Nie lubię niewykorzystanych okazji w życiu, a jeśli tych okazji nie ma, to wychodzę z założenia, że trzeba je sobie stworzyć samemu. Dlatego były trzy powody, dla których postanowiliśmy pojechać do Arras. Pierwszy - program w TV, drugi - Europejskie Dni Dziedzictwa Narodowego i trzeci - piękna, wczesnojesienna pogoda. 







Plan narodził się kilka dni przed wyjazdem, kiedy wieczorem usiedliśmy przed telewizorem, by obejrzeć jeden z naszych ulubionych francuskich programów, czyli "Le monument préféré des Francais 2015" (Ulubiony Zabytek Francuzów 2015). W programie do konkurencji stają zabytki z całej Francji - każdy region typuje swój własny. Spośród nich Francuzi wybierają swój ulubiony, oddając głos poprzez Internet. Program jest zrobiony fantastycznie, pokazuje miejsca w sposób niezwykły, z rożnych perspektyw, a prowadzący - nasz ulubieniec telewizji francuskiej Stéphane Bern zawsze dodaje do obrazu rożne smaczki w postaci ciekawostek historycznych, obyczajowych, krajoznawczych i wywiadów z mieszkańcami. Oglądając ten program, ma się ochotę tylko wsiąść w samochód i zwiedzać po kolei każde z tych miejsc. Przynajmniej ja tak mam i Muszkieter - na moje szczęście, też ;) Jak czuliśmy, tak zrobiliśmy. W tegorocznej edycji programu wygrał ratusz w Arras. Zasłużenie. Swoją drogą, jak dla mnie, sam pomysł na program to po prostu bomba. Pomyślcie, jak bardzo Francuzi są dumni z własnego dziedzictwa, jak potrafią docenić swoje bogactwo kulturowe, a przy okazji zrobić fantastyczną reklamę pomiędzy swymi. Bo przecież program oglądają głównie Francuzi, a to oznacza, że oni sami lubią zwiedzać i odkrywać swój kraj. Zawsze, gdy oglądam tego rodzaju produkcje, myślę sobie, jak fantastyczny program tego typu mógłby powstać o Polsce - tak różnorodnej krajoznawczo i równie pięknej. Ale Polska ma Top Model i Żony Hollywood...



Zatem przyszła piękna, słoneczna sobota i pojechaliśmy. Około dwie godziny drogi z Paryża.
Arras. Mówi Wam coś ta nazwa? Z pewnością tak. Któż z nas nie uczył się na lekcjach historii o słynnych arrasach - tkaninach dekoracyjnych, które Zygmunt II August sprowadził w XVI wieku na Wawel. Miałam okazję widzieć je kilkakrotnie podczas wycieczek szkolnych, a potem także, gdy zamieszkałam w Krakowie. Jakież było więc moje wielkie zdziwienie, gdy przeczesując Internet w poszukiwaniu informacji o mieście Arras, okazało się, że próżno tu szukać muzeum czy jakiegokolwiek miejsca, w którym można by podziwiać te słynne tkaniny. Jedyny arras, na jaki się tam natknęłam, to atrapa wisząca nad nowoczesnym deptakiem miasta...

Nie ma arrasów, ale jest co podziwiać. Tak, ratusz jest piękny. Pochodzi z XVI wieku. Jego miejska wieża reprezentacyjna, tzw. beffroi, została wpisana na listę UNESCO. To, co zachwyca, to fantastyczne rzeźbienia, którymi można nacieszyć oczy, a które nie sprawiają wrażenia nadmiaru i przepychu, a jedynie misternie zaprojektowanej całości. Koniecznie zwróćcie uwagę na dach z uroczymi, małymi okienkami ze stożkowymi daszkami - piękno tkwi w szczególe!









Oczywiście zachwycający jest zegar na wieży, a jeszcze bardziej możliwość wdrapania się na taras widokowy, który znajduje się tuż pod nim. Jak się domyślacie - wdrapaliśmy się tam bez wahania. Zwłaszcza, że z uwagi na Dni Dziedzictwa Narodowego wejście na wieżę ratuszową było bezpłatne. Pierwszy odcinek pokonuje się windą, a potem już jedyne czterdzieści stromych schodków i.... można się naprawdę zachwycać! Mieliśmy okazję podziwiać panoramę miasteczka w świetle zachodzącego słońca, co gorąco polecam. Nie wiem, czy kochacie paryskie dachy, ale w arrasowych też można się zadurzyć. Przeważa kolor czerwony czy też ceglasty, który w promieniach zachodzącego słońca jest jeszcze bardziej intensywny i magiczny, a finezyjne wieżyczki kolorowych kamienic z białymi ramami okien dodają uroku temu widokowi, który wydaje się niezwykle harmonijny architektonicznie.






















Piękne są także, a może przede wszystkim dwa place - Grand Place i Petite Place lub inaczej Place des Héros (Bohaterów) oraz łącząca je ulica Taillerie, z przepięknymi, zabytkowymi kamieniczkami w stylu flamandzkim, które tworzą niesamowity klimat starówki. To właśnie nimi zauroczyło mnie Arras. Kamieniczki zachwyciły mnie rzeźbieniami, ślimacznicami charakterystycznymi dla flamandzkiego baroku, finezyjnymi daszkami - niegdyś wieżyczkami ze szczytem schodkowym, potem zaokrąglonymi. Zauroczyły fasadami z wykuszami okiennymi i znakami herbowymi. Każda kamieniczka, pomimo wielu podobieństw i wrażenia jednolitości, posiada zdobienia stylizowane źdźbłem zboża  i rożni się od innych jakimś wyrzeźbionym w tym celu elementem. Zauroczyły mnie podcienie ciągnące się wzdłuż kamienic, którymi można spacerować zaglądając przy okazji do uroczych kawiarni, restauracji i sklepików. 













Zauroczyła mnie karuzela stojąca na środku placu. I atmosfera tego miejsca. W sobotni wieczór jest tu gwarno. Na tarasach restauracji i licznych barów przesiaduje młodzież, turyści, mieszkańcy i studenci korzystający z uroków studenckiego życia. Pomimo to, miasteczko wydaje się spokojne, wyciszone, żyjące swoim codziennym, niezmąconym rytmem. Ten szczególny klimat jest odczuwalny zarówno za dnia, jak i w ciszy wieczornej.
























Warto pobłąkać się po bocznych, wąskich uliczkach, pozaglądać w okna, zadzierać głowę wysoko, by podziwiać piękne, stylowe prywatne domy i dziedzińce. Warto usiąść na schodach katedry, otulonej starymi drzewami, gdzie pachną jesiennie liście i porozglądać się dookoła, poobserwować ulice i pojedynczych przechodniów, przyjrzeć się detalom budynków. Zanurzyć się w niegłośne życie miasteczka. Warto tam pojechać.










Zachwyceni i zatraceni chłonięciem widoków i pozytywnej energii miejsca, spacerując po Grand Place, natknęliśmy się na niecodzienne wydarzenie. Zauważyliśmy dość sporą kolejkę i tłoczącą się grupkę osób w okolicach jednej z kamienic. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że znajdujemy się pod kinem. Nie omieszkaliśmy zauważyć barierek i czerwonego dywanu, a także podejrzanych aut z przyciemnianymi szybami. Naszym oczom ukazał się wielki plakat reklamujący nowość filmową i w tym samym momencie, kiedy dotarło do nas, że trafiliśmy na prapremierę filmu, na plac wjechał korowód z aktorami - odtwórcami głównych ról filmowych. Pojazdy, jak i aktorzy, wyjęci z filmowego świata - zaprzęgi konne i motocykle z bocznym wózkiem z okresu II wojny światowej. Ewidentnie znaleźliśmy się w centrum wydarzeń towarzyszących prapremierze filmu "En mai fais ce qu'il te plaît", który wejdzie na ekrany kin w listopadzie. Akcja filmu, jak można się domyślać, rozgrywa się w Arras podczas II wojny światowej. Byliśmy tak samo zaskoczeni, jak i zachwyceni faktem, że znaleźliśmy się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. A film z pewnością obejrzymy! :)









Jeśli chodzi o inne atrakcje, to spodziewajcie się tu... szczurów. Tak, szczurów. Możecie tu nabyć bez problemu czekoladki w kształcie tych inteligentnych osobników. A cala historia ma swój początek w słowie "Arras", które brzmi podobnie jak szczur po francusku, czyli rat (wymowa ra). Dlatego też o Arras mówiono, że jest miastem szczurów, a w sierpniu organizowane jest tu święto na rzecz tych miłych zwierzątek. 







Nasz pobyt, jak zwykle, zwieńczyliśmy kolacją w jednej z bardzo klimatycznych restauracji przy Petite Place. Można tu znaleźć menu w całkiem przyzwoitej cenie. Ja rozkoszowałam podniebienie mulami w carry, ale przede wszystkim namawiam Was gorąco do skosztowania piwa, którego ze względu na bliskość begijskiej granicy rodzajów tu bez liku. 



Po takim posiłku warto wybrać się jeszcze na krótki spacer wieczorową porą, żeby przyjrzeć się flamandzkim kamieniczkom raz jeszcze - w świetle stylowych latarni, w ciszy wieczornej zmąconej od czasu do czasu śmiechem lub stukotem naczyń w restauracji, w echu zamykanych okien i okiennic, w szeleście jesiennych liści turlających się po wyludnionym, brukowanym deptaku. Warto. 




















Warto skorzystać z okazji i tam pojechać.


Informacje dodatkowe
  •  Tutaj znajdziecie link do programu  "Le monument préféré des Francais 2015", w którym ratusz w Arras został wybrany jako ulubiony zabytek Francuzów.
  • W Arras odbywa się co roku wielki kiermasz bożonarodzeniowy, który ściąga wielu Francuzów, jak i turystów z zagranicy. 
  • Link do strony FB nowego filmu "En mai fais ce qu'il te plaît", którego akcja rozgrywa się w Arras, a na prapremierę którego miałam okazję się natknąć, znajdziecie TUTAJ, a zapowiedź filmu TUTAJ. Premiera we francuskich kinach 4 listopada.
 

5 komentarzy:

  1. Nigdy nie byłam w "mieście szczurów". Twoje relacja wzbudziła moją ciekawość :). Plac z prostokątnymi domkami - super! Dziwne, że nie ma tam miejsca, w którym można podziwiać arrasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zaintrygowałam ;) naprawdę polecam odwiedzenie tego miasta, na flamandzkie kamieniczki nie mogłam się napatrzeć :) Brak arrasow to konsekwencja rewolucji i kataklizmów, które w dziejach historii wielokrotnie nawiedziły to miasto.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam w te wakacje w Arras i trochę mnie rozczarowało, brakowało mi tam wąskich i uroczych uliczek ze sklepikami i kawiarniami, znalazłam tam tylko jedno takie miejsce.

    OdpowiedzUsuń
  4. PKP cafe... hahaha... no nie... mimo woli nasunął mi się zapach kolejowej toalety... :D ciekawe skąd ta nazwa na kawiarni :D

    OdpowiedzUsuń