poniedziałek, 7 września 2015

Perfekcyjna pani domu, stare druki i mule, czyli Braderie de Lille 2015!



To był weekend pełen wrażeń. Szalony, z punktu widzenia ograniczonych zasobów czasu, pieniędzy i sił. Ale dla chcącego nic trudnego, prawda? I w dwóch słowach - warto było!


Taką lalkę można było nabyć za jedyne 1 euro!






Okoliczności nie były zbyt sprzyjające. I ja, i Muszkieter musieliśmy iść w sobotę do pracy (ja również w niedzielę!). Dodatkowo SNCF (Société nationale des chemins de fer français), czyli po naszemu koleje francuskie, zafundowały mi przedłużony dowóz do pracy busem zastępczym z okazji weekendowych perturbacji na torach. Wycieczka do/z pracy miała trwać ok. dwóch godzin (w normalnych warunkach to niecała godzina). Dodam tylko, że w niedzielę z kolei RER, czyli pociągi miejskiej sieci kolejowej Paryża, udaremniły mi płynny dojazd do stacji docelowej "PRACA" z powodu operacji rozminowania bomb z okresu II wojny światowej, znalezionych w podziemiach tegoż węzła komunikacyjnego (sic!). Doprawdy fantastycznie wiedzieć, że codziennie się jeździło po tykających bombach! Ale wracając do tematu...






W pracy wszystko się przedłużyło i nie wyszłam wcześniej tak, jak planowałam. Ale na pytanie Muszkietera, czy chce mi się jechać, wiedząc że na miejscu będziemy w najbardziej optymistycznej wizji ok. godz. 19-tej, odpowiedziałam z pełnym przekonaniem - Jedziemy! Na miejscu byliśmy ok. 20-tej. Pożegnałam się więc z marzeniem, że napstrykam fajne zdjęcia w świetle dziennym. Zanim minęliśmy tablicę z napisem "Lille", naszym oczom objawił się widok aut parkowanych WSZĘDZIE, na dziko, na trawie, chodnikach, na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Kawałek dalej stały już barierki, uniemożliwiające dojazd do centrum bocznymi ulicami. Bez cienia wahania, postanowiliśmy nie ryzykować, zostawić auto jak najprędzej i metrem dotrzeć do celu. Tak też zrobiliśmy i to była świetna decyzja. Tak naprawdę to całe centrum odcięte jest od świata, kiermasz odbywa się na dziesiątkach kilometrów ulic większych i mniejszych miasta. Przy wjeździe znajduje się wprawdzie jeden wielki parking, ale o takiej godzinie nie ma co marzyć na znalezienie miejsca.






W ten oto sposób, dość sprawnie i szybko (4 przystanki z przesiadką, bilet 3 euro) znaleźliśmy się w centrum wielkiego święta. Miasto o tej godzinie było już w nastroju przede wszystkim imprezowym i nieco alkoholowym. Handlarze jednak dzielnie trwali na swych posterunkach do niekiedy późnych godzin wieczornych. Inni, w myśl zasady przyjemne z pożytecznym, organizowali się w straganowe grupki, popijając szampana w przerwach pomiędzy targowaniem. A może i odwrotnie. Jakby nie było, myślę, że to na tych podchmielonych nieco nastrojach skorzystałam podczas swoich zakupów, zbijając ceny ile się dało ;) My popędziliśmy przede wszystkim w stronę antyków, porcelany, zegarów, mebli, militariów (tu raczej Muszkieter ;)) i przede wszystkim...książek! Tak! Chyba sami byliśmy zaskoczeni, jaki w nas głód starego druku! Co miało swój efekt w zakupach, jakich dokonaliśmy. Ale o tym za chwilę ;)






I tu podzielę się z Wami pewną osobistą refleksją. Otóż jeszcze w Lille stwierdziłam,  że wyjazd na taki kiermasz to fantastyczny test dla związku i wspólnych zainteresowań! Tak dziewczyny, zabierajcie swoich facetów na kiermasze! :) O ile i ja, i ja Muszkieter nie znosimy galerii handlowych i zakupów (pisałam o tym już TUTAJ), tak w Lille bawiliśmy się razem fantastycznie. Cieszyliśmy się jak dzieci, znajdując rzeczy, które nas interesują i obojgu się podobają. Co więcej, okazało się, że zwracaliśmy uwagę na te same drobiazgi. Ochom i achom nie było końca :) Śmiechu także, bo to co można znaleźć na tych straganach przyprawia nie tylko o zawrót głowy, ale także ból brzucha -  ze śmiechu oczywiście. Ci handlarze-pasjonaci to bowiem w przeważającej większości zabawni i otwarci ludzie. Już chyba wiem, dlaczego mój tata się tym para ;)








Podziwiałam ich. Wielu z nich przybyło tu z daleka, na chodnikach całe rzędy przyczep campingowych, w których mieszkają. Widziałam też panie układające się do snu pod kocem, na krzesełku, pod namiotem, obok swojego "dobytku". A noc była wyjątkowa chłodna. O takiej już, dość późnej godzinie, mieliśmy okazję zobaczyć ich życie bardziej od kulis, bo większość z nich zwijała swoje stoiska, by pójść na spoczynek przed kolejnym intensywnym dniem. Zakupoholicy, mieszkańcy i turyści udali się już na tarasy restauracji, do barów i dyskotek, gdzie trwało wielkie świętowanie. Muzyka na każdym rogu. Słychać stukanie szkła, głośne śmiechy i rozmowy w różnych językach. Bo rzeczywiście zjeżdżają się tu łowcy skarbów z całego świata. Przyjeżdżają w grupach autokarami, camperami i prywatnymi autami - wśród nich nie brakowało także polskich rejestracji.







Do późnych godzin nocnych trwają przy swoich stoiskach już głównie orientalni sprzedawcy ze swoim tanim, zakrawającym często o tandetę asortymentem, a także punkty gastronomiczne z goframi i frytkami na czele. My zwieńczyliśmy swoje zakupy kolacją w typowym, lokalnym, a dzięki temu oddającym klimat miejsca, przyulicznym barze. To tutaj nastała historyczna chwila, w której po raz pierwszy w życiu zjadłam mule. Ani to nic strasznego, ani skomplikowanego ;) Było pysznie! :)







No dobrze, a co kupiliśmy? Oto odpowiedź.





Tak, nasz głód książek okazał się wielki. Wracając śmialiśmy się, że nawet to urocze pudełko, a raczej puszka, która tak nam się spodobała, jest w kształcie książki :) Kupiliśmy cztery książki - poza tym, że w języku francuskim, to bardzo... francuskie :) Jedna o Joannie d'Arc, druga o podróżach po Francji, trzecia o ważnych historycznie miejscach Francji, a czwarta to... "L'encyclopedie de la maitresse de maison", czyli "Encyklopedia Pani Domu" :) Tak, dodajmy - francuskiej pani domu. Ta książka z lat 60-tych podbiła moje serce od pierwszego wejrzenia. I choć nie od razu ją kupiłam, to nie mogłam przestać o niej myśleć. Potem dowiedziałam się od innego handlarza, że powstała cała seria książek w tym temacie. Ci, którzy bardziej osobiście mnie znają, a także moje antykulinarne i antydomowe talenty, z pewnością z trudem w to uwierzą ;) Dla mnie ta książka to skarbnica wiedzy - może nie tyle praktycznej, co obyczajowej z tamtych czasów. Znajdziecie tu porady nie tylko odnośnie kuchni, organizacji przyjęć, porządku w szafie czy szycia firanek, ale także wskazówki, jak dbać o zdrowie i kondycję, jak prowadzić domowy budżet (od tego rozdziału zacznę!;)), jak zorganizować wakacje, czyli np. jaki namiot i śpiwór zabrać. Są oczywiście zasady savoire-vivre i cała masa porad dotyczących organizacji domu - wszystko udokumentowane barwnymi zdjęciami i pożytecznymi ilustracjami i instruktażami w formie rycin. Biorąc pod uwagę fakt, że niebawem się przeprowadzamy na "bardziej swoje" - będzie jak ulał ;) Uwielbiam podglądać Francuzki na ulicach, w ich domach i biurach, a teraz będę mogła to robić systematycznie i bezkarnie ;) Jedno jest pewne - o tej książce jeszcze nie raz przeczytacie na tym blogu, bo planuję pewną niespodziankę. Poza tym cieszę się, bo studiowanie tej książki to rewelacyjny sposób na naukę i poszerzenie mojego francuskiego słownictwa :) Na koniec dodam - książka, jak przystało na encyklopedię, ma ponad 500 stron!






Poza książkami i puszką w kształcie książki, kupiliśmy też inne, bardziej praktyczne rzeczy w świetnych cenach. Znaleźliśmy też fantastyczny prezent dla naszego  znajomego, który kolekcjonuje małe buteleczki z rożnymi alkoholami. I właśnie o tym jeszcze na koniec chciałabym Wam powiedzieć. Na takim kiermaszu znajdziecie najlepsze z możliwych prezenty dla Waszych bliskich i znajomych. Rzeczy oryginalne, czasem zabawne, czasem wyrafinowane, a przede wszystkim takie, których próżno szukać w największych galeriach handlowych na świecie. I to jest właśnie magia tego miejsca i jeden z głównych powodów, dla których za rok zamierzamy tam wrócić.








W domu byliśmy o 4-tej rano. O 9-tej zadzwonił budzik. Wzięłam "Encyklopedię Pani Domu" pod pachę i pobiegłam na autobus, do pracy. Da się! ;)

P.S. A teraz pytanie do Was. Co Wy byście kupili? :)

2 komentarze:

  1. Wow! Podziwiam za motywację. Będziesz miała co wnukom opowiadać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, czy takie szaleństwo zasługuje na podziw, zobaczymy, co wnuki powiedzą ;), ale prawdą jest, że podróże to jedna z moich największych słabości, a zarazem motywacji ;)

    OdpowiedzUsuń