czwartek, 16 lipca 2015

Na tropie zegarów i... pizza w szczerym polu

To ciekawe. W samym Barbizon - miasteczku, które opisałam w ostatnim poście, napotkałam tylko dwa zegary. Ci, którzy już wcześniej tu do mnie zaglądali, wiedzą już o mojej zegarowej metodzie zwiedzania Francji :) Barbizon zaskoczył mnie więc dość mocno. Z drugiej strony z powodzeniem można by tu wytyczyć inne ciekawe szlaki - choćby śladami artystów, którzy tu mieszkali i tworzyli, dzieł ukrytych na ścianach, słupach i w zaułkach, w poszukiwaniu galerii sztuki i rozmaitych przejawów twórczości artystycznej, której duch króluje w tej małej, uroczej miejscowości. Musiałam zatem zadowolić się i zadowoliłam dwiema zdobyczami :) Ku mojej radości - ten drugi całkiem oryginalny, jak na prywatną posesję. Poznajecie, jaki to zegar?



Nasza podroż jednak nie dobiegła jeszcze końca, bo postanowiliśmy w drodze powrotnej zatrzymać się na kolację. Jak już wspominałam, ceny w restauracjach w Barbizon są dość wysokie i dodatkowo w sobotni wieczór trudno o miejsce w tych bardziej przystępnych knajpkach, dlatego postanowiliśmy zjeść po drodze i przy okazji odkryć może inne ciekawe miejscowości. Jak na sobotni wieczór i burczące brzuchy było to, jak się później okazało, dość optymistyczne i ryzykowne podejście do sprawy. Wprawdzie krążyliśmy po urokliwych, okolicznych wioskach, podziwiając kamienne domki, piękne ogrody i kręte uliczki, ale w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że robi się późno, a my jesteśmy bardziej głodni, niż spragnieni nowych wrażeń.

Tak trafiliśmy na miejscowość Chailly-en-Bière, gdzie nie mogłam oderwać wzroku od górującego nad wioską kościoła, oczywiście z wieżą zegarową, fantastycznie komponującą się na tle błękitnego nieba... Odbyliśmy tam bardzo krotki spacer, ale szybko okazało się, że nie mamy co liczyć na wieczerzanie... Co ciekawe spotkaliśmy tam grupki Polaków, a także sporo samochodów na polskich rejestracjach. Poniżej kilka zdjęć tej wioski - mam nieustającą słabość do takich małych francuskich miejscowości. A Wy?















Jeszcze bardziej głodni wsiedliśmy z powrotem do auta. Przemierzyliśmy kolejne wioski - piękne, w kamieniu, z bujną roślinnością i fantazyjnymi ogrodami, nasze brzuchy burczały coraz mocniej, a w powietrzu unosił się dym grillowanego mięska... W końcu to piękny, sobotni, letni wieczór... A Francuzi wiedzą, jak korzystać z życia, weekendów, wakacji...

I oto mijamy kolejną wioskę, dookoła nas łany złotych zbóż w promieniach zachodzącego słońca i nagle, w szczerym polu wylania się... ciężarówka z... pizzą!!!! Nie dowierzamy, podjeżdżamy bliżej, ale tak, tak właśnie jest! To nie fatamorgana z głodu! Hurra!!!! Jesteśmy uratowani! Zdumieni wprawdzie, ale zachwyceni, że za chwilę zjemy pizzę podziwiając zachód słońca na prawdziwej francuskiej wsi! Nasze oczy błyszczą z radości i... ulgi! W aucie mamy chłodne piwko, więc nic więcej do szczęścia wydaje nam się nie potrzeba. Podchodzimy do auta, tam kolejeczka... Sympatyczna Pani z foodtrucka pyta bardzo milo, ile sztuk pizzy i kiedy zamawialiśmy. Robimy wielkie oczy i ręce nam opadają - nie zamawialiśmy... Okazuje się, że musielibyśmy czekać około godzinę, zanim Pani zrealizuje tutejsze zamówienia! Takie rzeczy tylko we Francji! Para przed nami pakuje 7 kartonów z pizzą i odjeżdżają... Przyjeżdżają kolejni klienci... Hmmm? Może mi ktoś to wyjaśnić?


Ostatecznie zrezygnowaliśmy, bo robiło się naprawdę późno, ale też nie wróciliśmy głodni do domu. Idąc za ciosem, udało nam się znaleźć po drodze włoską knajpkę i zjeść całkiem dobrą pizzę. Ale wyciągnęliśmy jeden podstawowy wniosek z tej podroży - nigdy więcej nie zbagatelizujemy naszego głodu we Francji!!! ;)

1 komentarz:

  1. Niesamowite to niebo i światło ogólnie na tych zdjęciach!

    OdpowiedzUsuń