wtorek, 16 czerwca 2015

Na szlaku francuskich zegarów, czyli moja obsesja

Czy zastanawialiście się kiedyś, czym tak naprawdę jest czas? Niby taka oczywistość, wpleciona w nasze życie. A przecież nie, to raczej nasze życie podporządkowane jest czasowi. Z jednej strony to zabawne, bo przecież jest on tak naprawdę abstrakcją. Nie da się go dotknąć, zobaczyć, powąchać... Jest czymś ulotnym. Posiada wprawdzie ¨mierzalnik¨ w postaci zegara, no ale... czym tak naprawdę jest zegar? Zanim został skonstruowany, to przecież czas już istniał...




Wszechwiedząca Wikipedia wydaje się bardzo pobieżnie i ogólnikowo traktować te jakże zajmujące zagadnienia. Jako rasowa humanistka nie odważę się jednak wgłębiać w wiedzę z zakresu fizyki i mechaniki i analizować ją publicznie ;) Pozostawiam Was zatem z tą ¨czasochłonną¨ refleksją i przejdę do zegarów...




Zegary mają w sobie coś magicznego. Lubię dźwięk tykającego zegara w wieczornej ciszy domu. Do dziś pamiętam zegary, które wisiały w sypialniach moich dziadków. Jestem w stanie odtworzyć w pamięci dźwięki, jakie one wydawały. Jeden tykał dyskretnie, ale stanowczo, drugi – piękny, antyczny, ogromny, z ciężkim wahadłem, wydawał charakterystyczne ¨bim-bam¨ co 60 minut w ilości odpowiadającej godzinie, a także pojedynczy gong 30 minut przed pełną godziną. Dla mnie, jako dziecka urastał do rangi wawelskiego Zygmunta. Nigdy nie zapomnę tego dostojnego dźwięku rozlegającego się w nocnej ciszy...




Skąd w ogóle te rozmyślania? Być może to syndrom zbliżających się urodzin... ;) Zazwyczaj włącza mi się wówczas autorefleksja skłaniająca do podsumowań kolejnego mijającego roku – taki prywatny sylwester ;) A w tym roku jest co podsumowywać. Działo się. Tak się składa, że rok temu moja przeprowadzka do Francji zbiegła się z przekroczeniem symbolicznej 30-tki. I choć nie mam obsesji na punkcie przybywających lat, to odkąd mieszkam we Francji mam przysłowiowego ¨hopla¨ na punkcie zegarów. Spotkacie je w Paryżu i nie tylko na każdym kroku. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Wiecie już dlaczego, zgodnie z moją zapowiedzią, będzie tak wiele zegarów na tym blogu? A uściślając - zegarowych fotografii? Myślę, że chęć zamykania ich w kadrze to swego rodzaju próba zatrzymania czasu, ważnych chwil i momentów życia... Bezcenne.




Wypatruję ich w każdym miejscu i czasie. Są obecne na placach, w parkach, przy stacjach metra, w pałacach, zamkach, na pchlich targach, na wieżach kościołów, na budynkach merostwa, czyli tutejszych urzędów miasta. Wiszą na dworcach, w lokalach, galeriach i witrynach sklepów z antykami. Mają rożne rozmiary, ale zazwyczaj rzucają się w oczy. Są piękne – stare, nowe, zabytkowe, oryginalne, finezyjnie zdobione, albo też proste, subtelne. Wszystkie odpowiednio, z wyczuciem estetyki i smakiem, wkomponowane w paryski i nieparyski krajobraz. Lubię to. 
Można je spotkać w najmniej oczekiwanym momencie i najbardziej zaskakującym miejscu. Kryją się w zaułkach, na ścianach, slupach, wieżyczkach, sufitach. 





Dlatego chciałabym dzisiaj zaproponować Wam niecodzienną wycieczkę, którą można by nazwać ¨szlakiem paryskich (lub innych, ale francuskich) zegarów¨. Wybierzcie sobie dowolnie – jakąkolwiek paryską (lub nieparyską, ale we Francji) dzielnicę, ulicę, szlak. Przemierzajcie je, rozglądając się wnikliwie dookoła, próbując znaleźć jakieś zegary. Jedna mała praktyczna wskazówka – rzadziej spoglądajcie pod nogi, a częściej w górę. Policzcie zegary i dajcie znać! :) 







Wiecie co jest najlepsze w tej zabawie? Nie tylko ¨upolowane¨ zegary, ale też perspektywa patrzenia na otaczający świat. Dla mnie to prawdziwa lekcja uważności. Na to, co mijam – nie tylko budynek, ale jego detale. Nie tylko słynne obiekty z przewodników turystycznych, ale też kamienice stojące nieopodal. Można przy okazji odkryć wiele fascynujących miejsc, budynków, kafejek, uroczych dziedzińców i uliczek, domków, skwerów, na które, biegnąc turystycznym szlakiem od punktu A do punktu B, nigdy nie zwrócilibyście uwagi. Wiem – jest wiele do zobaczenia, zwiedzenia, zaliczenia i powiecie, że nie ma na to czasu. Zapewniam Was, że taki sposób patrzenia nie zrujnuje Waszych krajoznawczych planów, a jedynie je wzbogaci o nowe wrażenia i satysfakcję z Waszych obserwacji i odkryć.







Swoją drogą to ciekawe. Wszechobecne zegary w kraju, gdzie jego mieszkańcy nigdy specjalnie się nie spieszą, dla których przerwa obiadowa jest nienaruszalną świętością, a nieregularne godziny urzędowania są na porządku dziennym, nie wspominając o zamkniętych w poniedziałki bankach i wielu innych instytucjach oraz sklepach, które rekompensują sobie w ten sposób pracującą sobotę... Jak widać obecność zegarów na każdym kroku nie wywiera na Francuzach żadnej presji bycia na czas – nie dziwcie się więc ani powolnym kelnerom, ani zamkniętym w godzinach urzędowania instytucjom. Podziwiajcie za to zegary i francuskie ¨ dolce far niente¨ ;)






Przygotowując tort urodzinowy, czekam z niecierpliwością na Wasze relacje z zegarowych wycieczek! 

Tymczasem już dziś zadanie specjalne dla Was. Kto rozpoznaje zegary na powyższych zdjęciach? 
Czekam na Wasze komentarze. Powodzenia! ;)


2 komentarze:

  1. Zachwycający pomysł i realizacja. :) Uwielbiam wypatrywać detali, ja mam bzika na punkcie okiennic i szyldów między innymi. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo sie ciesze, ze zegary Ci przypadly do gustu ;) Widzialam te bajkowe niebieskie okiennice w kamiennych domkach i alzackie szyldy na Twoich niesamowitych zdjeciach! I jak tu nie kochac Francji? ;)

    OdpowiedzUsuń